Ikea hacks, czyli popularny stolik z sieciówki w nowej wersji

Tak jak spora część rodziców, znając niszczycielskie siły swoich kilkulatków, zakupiliśmy znany stolik w szwedzkiej sieciówce. Zgodnie z zasadą, że jak się zniszczy, to żeby nie było nam żal straconych środków. I tak trwał sobie w Buniowym pokoju, będąc świadkiem nauki rysowania coraz to trudniejszymi do zmycia mazakami. Pomysł kiełkował w mojej głowie już od dawna, ale zawsze było coś pilniejszego. Z każdą kolejną plasteliną wlepioną w blat wiedziałam, że ten dzień nieuchronnie się zbliża. Miarka przebrała się, gdy Bunio odkrył możliwości markera permamentnego. Powiedziałam dość! Czas działać! :)

Po drodze popełniłam parę błędów, nie będę Was okłamywać. Ale od początku. Zaczęliśmy wspólnie, od lekkiego zmatowienia całości papierem ściernym o gradacji 120. Po przetarciu z pyłu, w ruch poszedł najzwyklejszy grunt, który został nam po malowaniu ścian.

DSC_0447 DSC_0451

Po wyschnięciu zaczęło się malowanie. Kierowana instynktem przetrwania, wzięłam się za to dopiero gdy Bunio zasnął. Przygotowałam sobie farbę akrylową (znów spadek po remoncie sypialni), którą zabarwiłam lekko czarnym pigmentem. Zależało mi na uzyskaniu koloru, który zakryje ślady bitwy z markerem, jednocześnie nie sprawiając ponuroszarego wrażenia. Farbę nakładałam wałkiem. Wystarczyły (tylko albo aż) cztery warstwy.

DSC_0387 (Kopia 1)

Praca z wałkiem wymaga trochę wprawy, by idealnie równomiernie rozprowadzić farbę. Warto poćwiczyć, finalnie jest o niebo szybciej niż przy samym pędzlu.

DSC_0384 (Kopia 1)

Tak też przygotowany stolik miał zostać przyozdobiony wzorem, który znalazłam na blogu Leci bocian (miejsce świetne, dużo pięknych i oryginalnych grafik do pobrania). Ale jak go idealnie przerysować, skoro moje możliwości plastyczne są na poziomie siedmiolatki (o czym przekonacie się zaraz)? Wykorzystałam sposób znany z czasów szkolnych, czyli najprostsza wersja podrabiania podpisu rodziców (tak mamo, przyznaję się!) – lewą stronę kartki zamalowujemy mocno ołówkiem. Przykładamy do powierzchni docelowej, stabilizujemy i prowadząc po konturach wzoru ostro zakończonym ołówkiem lub kredką, odbijamy go na blacie.

DSC_0394 DSC_0397 (Kopia 1) DSC_0400 (Kopia 2)

I tak przygotowany stał kilka dni, czekając na kolejny przypływ weny. A kiedy ten piękny dzień nadszedł, przyszło mi się zmierzyć z dwoma problemami. Po pierwsze – na blacie pojawiły się jakieś plamy. Albo farba nie do końca pokryła jednak mazakowe rysunki, albo niecierpliwe, trzyletnie rączki przyczyniły się do tego stanu. W każdym bądź razie postanowiłam nie poprawiać, z nadzieją że może to tylko kwestia sztucznego światła (gdyż była już to godzina wieczorowa). Po drugie – przeceniłam moje zdolności malarskie. Jednak okazało się, że narysowanie odręczne zaplanowanego wzoru graniczy z cudem. Gdy uświadomiłam sobie ten fakt, miałam nawet myśl o całkowitym zamalowaniu blatu. Nie poddałam się, obiecując sobie wyrównanie braków i krawędzi czarnym markerem. Tak też zrobiłam napis – odpowiednia grubość końcówki uratowała moje dzieło. Na to położyłam 2 warstwy lakieru matowego (na blat 3 warstwy), dedykowanego meblom domowym.

DSC_0389 (Kopia 1) DSC_0422 (Kopia 1) DSC_0410 DSC_0412 (Kopia 3) DSC_0388 DSC_0407 (Kopia 1) DSC_0432 DSC_0441 DSC_0413 DSC_0402 (Kopia 1) DSC_0425 (Kopia 2)

I tak oto powstał on, moja lekcja i (ostatecznie) duma. Nieidealny, nieprofesjonalny. Ale taki mój, zaplanowany razem z Buniem, wykonany z jego pomocą, przypieczętowany obietnicą zaprzestania korzystania z mazaków niezmywalnych.

 Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Balkonowa historia. Jak można zaoszczędzić na remoncie, część I.

Tanio i ładnie. Takie miałam oczekiwania, biorąc sie za metamorfozę balkonu. A było tak:

IMG_20160708_201959

Nie ukrywam, że nie jest to najważniejsze pomieszczenie w domu, które wymaga nakładu pracy i środków. Ale z własnych, bardzo osobistych powodów niezwykle zależało mi na tym miejscu. Poranne śniadania z całą rodziną, naładowane słońcem. Wieczory we dwoje (troje) z sushi. Do tego, kupując to mieszkanie w grudniu miałam nadzieję na taki widok:

DSCF9962

Podłoga, balustrada, ściany

Zaczęliśmy od podłogi. Nowy gres, o wzorze który mnie powalił od pierwszego wejrzenia. No dobra, od drugiego, bo początkowo miał być zupełnie inny. Jako że balkon ma akurat metr szerokości, dla ułatwienia pracy wybrałam płytki o rozmiarze 33×33 cm. To był najtrudniejszy etap całej metamorfozy, za każdym razem umówiona sobota okazywała się deszczowa. Po dwóch miesiącach się udało, potem poszło z górki. Czy można w jakiś sposób zaoszczędzić na tym etapie? Jak mawia mój tato: „nie Święci garnki lepią!” :) A jeśli mimo wszystko nie czujemy się na siłach, możemy zrobić dwie rzeczy: po pierwsze znaleźć fachowca, z którym z góry ustalimy stawkę i zakres prac i po drugie – promocje! Swoje płytki miałam upatrzone od połowy stycznia bodajże i cierpliwie kontrolowałam sytuację. Może nie była to super promocja, ale zawsze kilka złotych zaoszczędzonych. Balustrada wymagała oczyszczenia, zaimpregnowania od rdzy i pomalowania na świeżo. W tym momencie możemy odetchnąć, najtrudniejszy etap pracy za nami.

DSCF0018

Jeżeli chodzi o malowanie ścian, tu musimy być ostrożni. Każda samowolka kolorystyczna może być niemile widziana w spółdzielni mieszkaniowej czy zarządzie wspólnoty. Dlatego też warto odpuścić sobie pewne rzeczy, My odmalowaliśmy tylko wewnętrzną stronę balustrady, na której są płytki – relikty poprzedniej epoki. To rozwiązanie wybraliśmy z czystej wygody i lenistwa oraz kosztów. Farba a nowe płytki – chyba sami wiecie jaka jest różnica w cenie.

Meble

Na odmalowanym balkonie warto na czymś usiąść. Nasze krzesła pochodzą z marketu budowalnego (znów zakupione w cenie promocyjnej), a stolik…. spod śmietnika! Jak przerażająco dla niektórych by to brzmiało, ale często można znaleźć perełki (na które warto patrzeć jednak krytycznym okiem). Przekonał mnie wymiar, który był wprost idealny. Najmniejsze gotowce miały szerokość 50 – 60 cm, co przy metrowym balkonie byłoby nielada wyzwaniem. Mój ma 35 cm, nie za dużo powierzchni jadalnianej, ale jak przetestowaliśmy – da się. Dzięki temu mogę dojść do końca balkonu bez obitego biodra, a Buniowa głowa wciąż jest w jednym kawałku. Potrzebował co prawda jednej warstwy lakierobejcy, która została nam po malowaniu stołu do salonu.

Długo rozglądałam się za półkami lub innym meblem do przechowywania. Miałam też pomysł na użycie skrzyni wojskowej i siedziska z gąbki tapicerskiej, ale u nas to rozwiązanie póki co by się nie sprawdziło. Przypadkiem zostałam obdarowana skrzynkami po jabłkach, które długo czekały na przypływ weny. Dopiero wczoraj mnie natchnęło. Lekko wyczyściłam je papierem ściernym o niskiej gramaturze, tak tylko by nie było niepotrzebnych zadziorów. Bardzo zależało mi na oryginalnym wyglądzie drewna, dlatego do malowania użyłam rozcieńczonej białej farby. Na początku chciałam załatwić sprawę nakładając ją gąbką, ale pędzel okazał się przydatniejszy. Jedna wyszła lekko jaśniejsza, ale urok swój mają. I są właściwie bezpłatne :)

IMG_20160707_212139[1] IMG_20160707_212152[1] IMG_20160708_104435[1]

Tak więc podsumowując na dziś: podłoga (250 zł za płytki i klej), pomalowanie balustrady (20 zł za farbę), meble (krzesła 86 zł za sztukę, ok. 10 zł farba i lakierobejca do stolika i skrzynek). Całość: 452 zł.

Już za niedługo (czekam, aż M. wróci i pomoże mi z wiertarką) dalsza część urządzania balkonu i zdjęcia szczęśliwego finału :)

Zrobiliśmy sobie stół

Jak dobrze mieć w życiu poczucie, że Twoja druga połówka rozumie Twoje wariactwa. Jak nie mogę spać, to wymyślam. A że w Belgradzie spało mi się słabo, zaczęłam obmyślać wizję balkonu. Na drodze stanął mi stół. Dosłownie. Stary, ale w świetnej kondycji, przygarnięty przez mojego tatę w czasie remontu. Docelowo miał stać na balkonie, ale okazał sie zdecydowanie za duży. Zwłaszcza, że już upatrzyłam coś innego.

I wymyśliłam, brakowało mi stolika kawowego, a znaleziona przeze mnie opcja sięgała rzędu 1000 zł. Wersja tańsza – Ikea – 400 zł. Tak więc M. dał się namówić i w pierwszy wolny dzień, gdy pierworodny zapragnął pojechać do babci, zaczęliśmy zabawę.

IMG_20160421_213444[1]

Zaczęliśmy od zakupów. Na blat wybraliśmy deski sosnowe. Kupiliśmy lakierobejcę, wkręty, kątówki. Wydaliśmy łącznie mniej niż 100 zł. Przycięte deski skręciliśmy razem.

IMG_20160421_213506[1]

Niestety M. musiał je wyrównać, mimo że w markecie budowlanym były cięte na ten sam wymiar. Lekko wyrównałam brzegi desek papierem ściernym. Po przetarciu z kurzu, pomalowałam blat podwójną warstwą lakierobejcy.

DSCF9701

Po zdjęciu oryginalnego blatu, stelaż przycięliśmy do wysokości 45cm. I tu muszę pochwalić M., który tak pięknie to zrobił, że stół w końcu przestał się machać na wszystkie strony. Wyczyściłam go papierem ściernym, wytarłam z kurzu i pomalowałam na biało. Wystarczyły 2 warstwy, które dodatkowo wygładzałam drobnym papierem ściernym.

Dodatkowo pomalowałam szufladę, zmieniłam gałkę na ceramiczną, którą w przyszłości ozdobię. Skręciliśmy całość i usiedliśmy na kanapie, zadowoleni z efektu końcowego. Yeah, jak nie kochać takiego cudownego M.? :)

DSCF9710 DSCF9723 DSCF9728 DSCF9740 DSCF9741 DSCF9746