Adopcja w Polsce – jak wygląda to w praktyce? 5 najczęstszych mitów, z którymi musiałam się zmierzyć

Ten post musiał kiedyś powstać. Prawie 3 lata temu znaleźliśmy się w punkcie, w którym już wiedzieliśmy, że trafimy do drzwi Ośrodka Adopcyjnego. W naszych głowach było tyle samo ideałów, co mrożących krew w żyłach anonimowych opowieści z internetowych forum. Pamiętam, jaki ból sprawiało mi czytanie niektórych komentarzy – że adopcja jest głupotą, bo co z takich dzieci wyrośnie?

boy-1846310_960_720

Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam o największych mitach i stereotypach, z jakimi się spotkaliśmy przez ten czas. Ostrzegam – niektóre z nich są dla ludzi tylko o mocnych nerwach :)

1. Adopcja jest długim i skomplikowanym procesem.

I tak, i nie. Wszystko zależy od ośrodka. Każdy z nich ma swoje procedury, chociaż w większości są one zbliżone. W naszym przypadku cały proces, od początkowego wywiadu do poznania Bunia, trwał…. 6 miesięcy. Jestem świadoma, że mieliśmy dużo szczęścia – w pierwszym ośrodku, do którego złożyliśmy dokumenty, przez taki sam okres nie zadziało się nic. Czasem są miesiące, w których telefony do przyszłych rodziców dzwonią co tydzień, w innych następuje głucha cisza. Warto nastawić się na czekanie i być potem mile zaskoczonym :)

2. Zamawianie dziecka, czyli przede wszystkim niebieskie oczy.

Wszyscy nas pytali, czy sami wybraliśmy sobie Bunia, bo „taki śliczny” (w domyśle: „a adoptowany!”) :) Prawda jest taka, że dziecko i przyszłych rodziców kojarzą w pary pracownicy ośrodka. Mają swoje tajemne i skuteczne sposoby, wszystkie znane nam przypadki nie narzekają na efekty tych działań. Oczywiście, pada mnóstwo pytań o oczekiwania: wiek, płeć, możliwe do akceptacji schorzenia, ale są to bardziej sugestie niż sztywne wytyczne.

3. Wszystkie dzieci trafiające do adopcji są chore albo skazane z góry na alkoholizm lub inny destrukcyjny nałóg.

Bo geny przede wszystkim. Taaaaaaaaa – to chyba najczęstsze komentarze rodzące się w głowach bacznych obserwatorów cudzego życia. Jasne, część rzeczy jest dziedziczona genetycznie, jednak spójrzmy w drugą stronę: czy każdy alkoholik ma rodzica alkoholika? Osoba uzależniona od narkotyków wyssała uzależnienie z mlekiem matki? Nie mówiąc o szerokiej rzeszy innych schorzeń i zaburzeń – nie dajmy się zwariować. Po swoim dziecku widzę, że genetyka swoją drogą, ale najwięcej te małe istoty uczą się przez obserwację naszych zachowań. Już wiem, po kim nasz syn płacze, gdy coś nie wyjdzie, a po kim „odziedziczył” nawyk komentowania stylu jazdy innych kierowców na drodze :)

4. Adopcja się opłaca, czyli gdzie te moje miliony monet?

Podobno gdzieś w Polsce płacą za adopcję, gdzie indziej to trzeba słono zapłacić, by zostać rodzicem. A jeszcze gdzieś indziej są jednorożce, podskakujące radośnie tęczową drogą w stronę zachodzącego słońca! Niestety, a może na szczęście – adopcja sama w sobie jest bezpłatna. Jedyne, co nas kosztowało, to dojazdy i ewetualne ciasto na spotkanie szkoleniowe (nie, nie, ja ze swoimi „zdolnościami” raczej nie błyszczałam, miałam super zdolne dziewczyny w grupie) :)

5. Superman i Wonder Woman!

Większość ludzi postrzega adopcję jako mega bohaterstwo. Że my, niczym super-ponad-ludzie zrobimy cudowny uczynek, dzięki któremu zaklepiemy sobie lepsze miejsce w niebie (by the way, do nieba się trafia w inny sposób, wszystko jest w Biblii) :) Wszystko ok, ale w takim razie powinno dotyczyć to wszystkich rodziców! A na poważnie – jest to bardzo niezbezpieczna sytuacja. Dlaczego? Bo przy pierwszych kłopotach, gdy nasze dziecko nie będzie zachowywać się po naszej myśli, dojdziemy do jednego wniosku: „a to osobnik niewdzięczny! Ja mu wszystko, a on tak!”. W biologicznym rodzicielstwie można jeszcze zrzucić na partię genów przejętych od pewnej osobliwej ciotki czy wuja, w przypadku adopcji – wkraczamy na bardzo niebezpieczny teren. Każde rodzicielstwo jest pewnym rodzajem służby – wymaga od nas pozbycia się części egozimu, w który każdy człowiek jest uzbrojony od czubka głowy po koniuszki palców. Codziennie dokonujemy masy małych wyborów, jak z przysłowiowym ostatnim kawałkiem ciasta. Ale spoko, spoko! Czekam, aż Bunio będzie nastolatkiem, by obudzić go o 3 z wiadomością, że życzę sobie kakao, ewentualnie zorganizowanie emocjonującej zabawy, tu i teraz.

Mam cichą nadzieję, że temat adopcji w Polsce zostanie odczarowany. Poruszyłam zaledwie 1% wszystkich informacji, które chciałabym kiedyś puścić w świat. Bo warto rozmawiać – przekonuję się o tym codziennie, gdy mówię, że jesteśmy rodzicami adopcyjnymi i pada mnóstwo pytań. Nagle okazuje się, że koleżanka lub kuzynka, siostra przyrodnia brata stryjecznego myśli na ten temat. Dlatego nie bójcie się puszczać informacji w świat, być może dzięki temu ktoś podejmie decyzję cudownie zmieniającą życie <3

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Najważniejsza rzecz, o której dowiedziałam się dzięki blogowaniu

W swoim blogowaniu przeszłam już chyba przez wszystkie emocje: od euforycznej radości entuzjastycznego pisania o każdej uszytej rzeczy, po tygodnie totalnej bezproduktywności, gdy słowa nie chciały ułożyć się w ciąg, a ja planowałam zamknąć to miejsce na kilka spustów. Nie będę Wam pisać, ile czasu pożera blogowanie, jak trudno jest zmotywować się do działania, gdy jakiś wymiernych efektów nie widać. Nie będę Was wpędzać w poczucie winy nie komentowania postów, bo dostaję od Was mnóstwo dobrych emocji, nawet jeśli statystyki nie biją po oczach, a reklamodawcy nie pukają masowo do moich okien. Bo przez ostatnie miesiące nauczyłam się o blogowaniu jednego.

home-office-336581_960_720

Długo żyłam w przekonaniu, że popularność bloga wiąże się z ilością pojawiających się wpisów – im częściej publikujesz, tym więcej masz czytelników. I pisałam – o wszystkim i o niczym. W ostatnim roku powstało dużo wartościowych tekstów i tyle samo „zapychaczy”, które może nie są złe, ale mogły by być lepsze. Lepiej napisane, z lepszymi zdjęciami i lepszą promocją. I choć wiele z nich jest bardzo popularnych, pamiętam w jakich bólach powstawały. W nocy, ze łzami w oczach, bo zdjęcia znów nie wyszły, komputer się zacina, a jutrzejszy dzień pracy zaczyna się od 6.

Po kilkunastu takich intesywnych blogowo tygodniach, z pracą na pełen etat, szyciem po nocach i pisaniem w każdej wolnej chwili, postanowiliśmy zorganizować sobie chwilę wytchnienia. Wyrwaliśmy się na kilka dni na Mazury, gdzie powstał ważny dla mnie tekst o poczuciu perfekcjonizmu, który możecie przeczytać tutaj. Sama sobie powiesiłam poprzeczkę, a potem z całej siły próbowałam do niej doskoczyć. Po drodzę skręcałam kostki, nabijałam kolejne sińce, na szczęście kręgosłup moralny pozostał nietknięty.

Drugim bodźcem do zmiany myślenia był tekst o Infinity dress, który powstawał (od czasu otrzymania paczki z materiałem do publikacji) ponad 3 tygodnie! Dlaczego? Bo wymyśliłam sobie sesję na plaży. Wszystko ekstra, tylko gdy jedyna osoba w rodzinie, która mogłaby zrobić ci zdjęcia pracuje akurat kiedy masz wolne, a gdy cudem oboje jesteście dostępni i dziecko nie gorączkuje – akurat leje. I to leje, nie pada. W końcu się poddałam i tylko mój mąż wie ile nerwów i płaczu mnie to kosztowało. Gdy emocje opadły i rozsądek doszedł znów do głosu, wymyśliłam alternatywną wersję i zrobiłam sesję z manekinem (by the way, chyba czas rozejrzeć się za fotografem!). Skoro tak wyszło i wrzechświat rzuca mi kłody pod nogi, to zrobię to najlepiej jak umiem, korzystając z dostępnych mi opcji. I tak powstał materiał, który podbił Wasze serca, osiąga rekordowe zasięgi i żyje już swoim życiem na różnych forach szyciowych. Możecie zobaczyć go tutaj.

Jakość. Tak, JAKOŚĆ. Przekonałam się, że na tym powinno budować się swoje miejsce w internetowym światku. Jakość obroni się w świecie kopiuj/wklej, w którym każdy może nazwać się blogerem czy ekspertem. Gdzie mój pomysł z chwilą publikacji staje się dobrem ogólodostępnym. Z punktu widzenia twórcy – wolę napisać jeden ciekawy i oryginalny tutorial, niż dziesięć byle jakich. Czas, który na to poświęcę będzie podobny, ale Wasza reakcja zupełnie inna. I to dzięki Wam zrozumiałam przewagę jakości nad ilością.

Dlatego zostając ze mną na dłużej, możesz liczyć na treści coraz lepszej jakości. Na zdjęcia, które nie będą byle jakie. Na tutoriale o coraz ciekawszej tematyce, o różnym poziomie trudności. Być może nie uda mi się publikować co drugi dzień, ale obiecuję włożyć jeszcze więcej serca i pracy. Bo wierzę, że jakość jest lepsza niż ilość. 

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Mission impossible: jak ogarnąć szafę?! Sprawdzone sposoby zawodowego zbieracza ubrań

Doszłam w swoim sz(ż)yciu do momentu, gdy straciłam cały zapał. Mam wrażenie, że czego nie dotknę – wszystko zepsuję. Normalnie fatum jakieś. Po kolejnej nieudanej rzeczy, zrezygnowana rozejrzałam się dookoła i stwierdziłam, że moja przestrzeń potrzebuje większych porządków. Nagromadziłam taką ilość materiałów i rzeczy do przeróbki, że nie mogłam ogarnąć całego bałaganu wzrokiem. Po kilkudniowym resecie wzięłam się w garść. To był dopiero początek. Po pokoju szyciowym nadszedł czas na moją szafę – odważne posunięcie! Jeśli tak jak ja myślisz, że jest to niemożliwe – przygotowałam małą ściągawkę. Bierzcie i ogarniajcie się! :)

DSC_0108

Na początku wszystkie ubrania dzielimy na trzy grupy:

1. Noszę – rzeczy, które aktualnie są w użyciu,

2. Nie noszę – nie lubię, nie pasuje mi to, jest już zniszczone lub sprane,

3. Noszę okazjonalnie – np. sukienki, które nakładamy na większe wyjścia.

Pierwsza i ostatnia kategoria nie sprawia zbyt dużego problemu, druga jest polem minowym. Naprawdę. Warto podejść do sprawy na zimno. Odrzucamy wszystkie rzeczy, które są zniszczone, sprane, poplamione. Potem eliminujemy te, w których źle się czujemy, bo i tak istnieje mała szansa, że będą kiedyś w codziennym użytku. Jeśli nie jesteś do końca przekonana – spakuj je i odstaw na co najmniej miesiąc. Te, które w tym czasie nałożysz zostają w szafie.

Jeśli jesteś sentymentalna – to masz problem ;) Nie mam serca napisać Ci, żebyś wyrzuciła sukienkę z pierwszej randki z mężczyzną, który okazał się tym jedynym – ba! Sama trzymam taką jedną sukienkę, którą dostałam w ramach przeprosin za zapomniane urodziny, mimo iż już jej najprawdopodobniej nie nałożę. Przede wszystkim – umiar!

Dodatkową miną będzie dział nazwany: ubrania do domu/ogrodu/spania. Dlaczego? Nagle wszystkie dwanaście powyciąganych koszulek, zamiast do kontenera trafia na dno szafy, bo się przecież kiedyś przyda. Błąd! Zostaw dwa lub trzy zestawy śpiące, resztę bez sentymenów zutylizuj.

Co zrobić z ubraniami z kategorii nr 2, które są jeszcze w dobrym stanie? Po pierwsze – możesz pobawić się w twórczy recykling i ze starych jeansów uszyć dziecięce spodnie, z bawełnianych koszulek zrobić dywanik lub podkładki pod kubki. Ale znów – umiar, umiar, umiar! Po drugie – możesz oddać je komuś znajomemu lub na cele charytatywne – poszukaj w okolicy miejsc takich jak Dom Samotnej Matki lub organizacja wspierająca ludzi w cieżkich sytuacjach życiowych.

Ogarnięta szafa to (w mniejszym lub większych stopniu) ogarnięte życie. Łatwiej jest uporządkować rzeczy z prania, wybrać rano strój do pracy, znaleźć pasujące spodnie czy bluzkę, a nawet nie wkopać się podczas zakupów – będziesz wiedziała, że masz już dziesięć szarych t-shirtów w szafie, jedenasty jest zbędny! :)

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

I ty możesz wychować Super Człowieka!

Wyobraź sobie sytuację: jesteś w pracy, siedzisz w gabinecie szefa. Od rana wszystko nie idzie, koło zależności sprawia, że zadanie za które byłeś odpowiedzialny nie wypala całkowicie. Klapa po całości. Wstyd i siara. Szef wchodzi i mówi Ci, co myśli. Że jesteś beznadziejnym pracownikiem, nie umiesz nic zrobić porządnie, a zatrudnienie Ciebie było pomyłką.

DSC_0407 — kopia

Teraz wyobraź sobie, że jesteś dzieckiem i z Twoją pomocą na pięknym, jasnym dywanie powstał Sajgon, łączący w sobie resztki obiadu, rzekę soku jagodowego oraz zwłoki rozwalonej doniczki pełnej ziemi. Wchodzi dorosły i zaczyna: że jesteś niezdarą, zrobiłeś to specjalnie i w ogóle to głupie dziecko z Ciebie.

Jeśli sytuacja zdarzy się raz, to Twoja psychika skrzętnie wyczyścić ją z pamięci. Jednak, gdy będziesz wciąż i wciąż słuchać, jaki beznadziejny jesteś, wkrótce w to uwierzysz. Przy każdnym zadaniu będziesz mieć z tyłu głowy głos szepczący podstępnie, że i tak Ci nie wyjdzie. Jak byś się nie starał, na sukces nie masz co liczyć.

A co, jeśli to my jesteśmy po drugiej stronie? Jeśli, umyślnie czy nie, podcinamy skrzydła istocie wpatrzonej w nas jak w obrazek? Możemy tłumaczyć, że to nerwy, że wcale tak nie myślimy, ale słowa zostały już wypowiedziane. Jeśli mówimy, że dziecko jest niegrzeczne – będzie niegrzeczne, przecież takie jest i nie powinniśmy się dziwić.

Wypuszczajmy w świat dobre komunikaty. Szczerze, bo puste pochwały też nie przyniosą efektów. Zauważ wysiłek, nawet jeśli cel nie został osiągnięty. Zatrzymaj się na tym, co dobre i nie wyolbrzymiaj blędów. Tak bardzo skupiamy się na tym, że dziecko zachowało się źle, nie widząc tego, co mu się udało. Gdy ma z klasówki 4, pytamy czemu nie 5. Gdy wpada na pomysł, by zrobić nam coś do jedzenia, widzimy tylko brudną kuchnię. Gdy bawi się w najlepsze skacząc po kałużach, zaraz narzekamy na zabrudzone ubranie. Z jakiegoś powodu złe rzeczy zauważamy od razu, nad dobrymi musimy się zastanowić.

Dlatego nie podcinaj skrzydeł. Zachęć i zbuduj poczucie, że dasz radę. Nawet jak nie dojechałeś do celu, to świetnie radziłeś sobie na drodze. Bądź motywacją i wychowaj Super Człowieka, który kiedyś będzie dla kogoś wsparciem i zachęceniem.

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Czas pożegnać perfekcjonizm

Minęły dwa lata, od kiedy jestem mamą. Każda kobieta w okresie oczekiwania na potomka ma swoją wizję i plan, jaką mamą będzie. Nie wiem jak Wam, ale mi się nie udało.

DSC_0392 (Kopia 2)

Miałam się nie denerwować. Nie karmić dziecka cukrem. Być oazą spokoju z idealnie czystym mieszkaniem. Nie poddawać się i cierpliwie, w milczeniu znosić wszystkie niedogodności życiowej codzienności. Rozwijać się w swoich pasjach i służbie w Kościele. Miałam być perfekcyjną mamą.

Ale nie wyszło. Na chwilę obecną mam pełną zmywarkę i kosz na pranie. Kłęby sierści tułają się po kątach, bo zamiast sprzątać przez cały wieczór szlifowałam krzesło, myśląc o wykroju na nową spódnicę. Dopiero co zakończyłam tydzień pracy, zaraz zaczynam następny. I jestem szczęśliwa.

Pożegnałam swoją potrzebę perfekcjonizmu. Ostatnie dwa lata pokazały, że nie muszę być chodzącym ideałem, do którego codziennie wzdychałam. Nie muszę udowadniać sobie, że jestem w stanie sama zrobić wszystko. Bo też bywam zmęczona, a moja doba ma tylko 24 godziny. I niestety nie wymyśliłam jeszcze, jak dodać gratisowy dzień tygodnia, między sobotą i niedzielą.

Ty też nie musisz być perefekcyjna. Możesz pożegnać swoją frustrację, spojrzeć na swój dzień przez pryzmat realności i posegregować swoje priorytety. Podzielić wszystkie plany na te ważne i te mniej ważne. Poświęcić swoje myślenie na rzeczy, nad którymi warto się zastanawiać, rezygnując z udręki zmiany czegoś, na co nie masz wpływu. Bo czasem po prostu się nie da, być wszędzie i zrobić wszystko. Dlatego zamiast sobotniej gonitwy z odkurzaczem, spędzić popołudnie w parku, karmiąc kaczki z dzieckiem. Usiąść z kawą, w słońcu ogrzewającym twarz. Zamiast trzydaniowego obiadu wybrać się do baru mlecznego. Spędzić trochę czasu na robieniu niczego. Podzielić obowiązki, pokazać reszcie domowego stada, że też masz swoje granice. Cieszyć się dniem, a nie oczekiwać lepszego jutra, weekendu czy wakacji.

Nie muszę być perfekcyjna. Ty też nie. Możemy być po prostu szczęśliwe, od teraz.

DSC_0580 (Kopia 2) DSC_0578 (Kopia 1) DSC_0598 DSC_0622 DSC_0599DSC_0604 DSC_0612 (Kopia 1) DSC_0611

 Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!