Historia Kopciuszka, czyli krzesło drewniane w nowej odsłonie DIY

Wiecie czemu śmieci w naszym domu wynosi mój mąż? Bo ja zawsze coś znajdę – a to jakąś szafeczkę, a to krzesło. I znalazłam je, samotne i opuszczone, w niedzielne przedpołudnie, czekające na mnie z nadzieją w oczach, czyli nóżkach.

Tak więc wzięłam je pod swój dach i dałam mu nowe oblicze. Jak się do tego zabrać?

Przede wszystkich sprawdzamy stan mebla, który stanął na naszej drodze: czy nie jest połamany, czy nie ma w nim korników ani innych pluskiew, czy jest na tyle stabilny, by trochę nam jeszcze posłużyć. Z używanymi meblami nie jest łatwo, czasem trzeba zainwestować w nie trochę czasu i funduszy, więc musisz uzbroić się w obiektywny krytycyzm.

DSC_0013 DSC_0006 (Kopia 1) DSC_0010 (Kopia 1) DSC_0005 (Kopia 1)

Zaczęłam od oczyszczenia krzesła za pomocą szlifierki – efekt widzicie na zdjęciach wyżej (zdjęć początkowych oczywiście nie zrobiłam, mea culpa!). Najgorszy etap, bo produkuje mnóstwo kurzu i nie jest wcale tak łatwy dla kobiet, które nie potrafią zrobić poprawnej technicznie pompki. Dodatkowo nie udało mi się dokładnie oczyścić miejsc trudno dostępnych – nie miałam już sił i ochoty doszlifowywać tego ręcznie.

Po odpyleniu zagruntowałam całość najzwyklejszym gruntem do ścian i skleiłam wikolem odklejające się w niektórych miejscach siedzisko. Po kilku dniach dojrzałam w końcu do etapu malowania, z brakiem konkretnej wizji. Zależało mi przede wszystkim na ciekawym kolorze – dlatego też zmieszałam białą farbę akrylową z pigmentami w kolorze czarnym i zielonym.

DSC_0014 (Kopia 2) DSC_0021

Do ostatniej chwili wahałam się, czy zrobić przecierki, czy postawić na efekt ombre na nóżkach. Wygrała wersja pierwsza. Po naniesieniu jednej warstwy farby zabrałam się za robienie przecierek: papierem ściernym o gradacji 60 przetarłam w niektórych miejscach, uzyskując ciekawy efekt.

DSC_0036 (Kopia 2)DSC_0039 DSC_0031

Po ponownym odpyleniu nałożyłam dwie warstwy bezbarwnego lakieru.

DSC_0026 (Kopia 1) DSC_0045 (Kopia 1)

Całość projektu zajęła łącznie kilka godzin, w tym najwięcej szlifowanie (nie liczę czasu schnięcia farby i lakieru). Jeśli chodzi o koszta, wyszło około 5 zł – jedyne, co musiałam dokupić to zielony pigment, resztę miałam w domu jako pozostałość po poprzednich projektach.

I tak doszłam do efektu końcowego, totalnej metamorfozy mojego Kopciuszka. Jak widzicie na zdjęciach, żywot matki blogującej prosty nie jest :)

DSC_0050 (Kopia 1) DSC_0061 DSC_0057 DSC_0056 DSC_0069 DSC_0070 DSC_0076 DSC_0073 DSC_0083

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Welcome back. Dywanik DIY i warsztaty tapcerskie – czyli gdzie byliśmy, gdy nas nie było

Boję się sprawdzić datę ostatniego wpisu, ale to chyba z jakiś miesiąc. Mniej więcej :) Co po drodze? Wakacje, powrót do rzeczywistości, przedszkole, praca, choroby, problemy swoje i nie swoje… Do tego zaczęłam zadawać sobie trochę pytań, co dalej z moim miejscem w tak bogatej blogowej społeczności. W którym kierunku się zwrócić, jak pogodzić wszystko na raz. Czy w ogóle po drugiej stronie jest ktoś kogo interesuje ta moja pisanina. Jaki w tym wszystim sens? Nie wiem. Nie opracowałam żadnego planu działania, nie odpowiedziałam na swoje wątpliwości. Ale jestem.

A jak już jestem, to pokażę owoc samotnych wieczorów, kiedy brakowało natchnienia na siedzenie przy maszynie. A do tego recykling starych T-shirtów, których się uzbierało. Tak powstał dywanik do łazienki. Nie oszukując, jest to żmudne i monotonne zajęcie, które idealnie wycisza nerwowo, dając czas na regenerację psychosomatyczną :)

DSCF0624

Po kolei: tniemy koszulki na kilku centymetrowe paski, które łączymy ze sobą. Pleciemy dłuuuuuuuugi warkocz, pilnując by przejścia między paskami i między kolorami były płynne. Zszywamy, zaczynając od zrobienia małego koła. Idziemy dalej i dalej, pilnując by nie naciągać zbyt mocno warkocza. Grozi to nieestetycznym pofalowaniem całości, sprawdziłam :) Po kilku wieczorach, bogatsi w doświadczenie uruchamiające dodatkowe pokłady cierpliwości, możemy cieszyć się efektem. Pokazałabym Wam go w miejscu docelowym, ale największą ścianę naszego WC zdobi wielka dziura z milionem wiekowych rur, które informują nas o trybie życia sąsiadów w pionie bloku.

DSCF0647

Zastanawiając się nad kolejnym egzemplarzem, który wypruje ze mnie resztkę sił i ostatki cierpliwości, trafiłam na warsztaty renowacji krzeseł typu skoczek. Super dawka wiedzy praktycznej od kogoś, kto robi to nacodzień – czy można chcieć więcej? :) I dostałam olśnienia: ileż błędów popełniłam przy zabawie z tym. Aż mam chęć rozebrać je i zacząć od nowa, powstrzymuje mnie jedynie przerażająca wizja składania go w całość. Następne będzie lepsze. Może ktoś ma jakieś starocie do oddania? Chętnie przyjmę :)

14203259_1194997780542517_8720810478112454434_n

Zdjęcie autorstwa Farat Studio.

A z resztek tkaniny tapcerskiej, która niezawodna Monia przechwyciła w odpowiednim momencie, powstała nowa okładka na terminarz. Ale to już zupełnie inna historia :)

PRL w naszym domu, czyli krzesło poszło na warsztat

W końcu! Tak mogę podsumować rewolucję krzesłową w naszym domu. MIało być lekko i przyjemnie, wyszło jak zawsze ;) A to zszywek brak, to farba nie wyschła, to Bunio postanowił nie zasnąć na drzemkę…. Ciągle coś, ale w końcu, zmotywowana wizją zbliżającego się remontu postanowiłam dokończyć dzieło.

Po kolei. Tak prezentował się mój zabytek w formie wyjściowej. Ciemne nogi, okropna tapicerka, gąbką pod materiałem w rozsypce. Krzesło miało trafić na śmietnik, dostaliśmy je jako gratis do mieszkania, dzielnie służyło w czasie całego remontu (czyli strategicznych dwóch grudniowych tygodni). Motywowana internetowymi przemianami, postanowiłam dać mu nowe oblicze.

IMG_20160306_200918[1]

Wpierw rozkręciłam całość, wyjęłam siedzisko i oparcie. Jako że metamorfoza miała być bardzo nisko budżetowa, wykorzystałam białą farbę, która wcześniej pomogła mi przy szafach w sypialni. Stelaż przetarłam papierem ściernym (ok. 60-100), wytarłam z pyłu i zabrałam się do malowania. Ogólnie 3 warstwy załatwiły sprawę, gdzieniegdzie widać prześwity, więc można by się uprzeć na jeszcze jedną warstwę. Między malowaniem kolejnych warstw delikatnie przecierałam stelaż drobnym papierem ściernym (ok.200-240), by wyrównać wszelkie nierówności.

Kolejnym etapem było tapicerowanie siedziska i oparcia. Miałam resztki gąbki tapicerskiej, więc dociełam ją do wielkości siedziska. Dodałam warstwę owaty, tak by jeszcze „zmiękczyć” efekt końcowy. Na to materiał i gotowe.

IMG_20160326_144441[1]

Wystarczyło spiąć wszystko zszywaczem tapicerskim, lekko naciągając materiał. Okazało się, że to właśnie wybór materiału najbardziej spowolnił cały proces twórczy. Ciężej było z oparciem, z powodu mojego własnego niedbalstwa i pośpiechu wycięłam trochę za wąski kawałek tkaniny, którą było mi ciężko złapać na rogach. Ale odpowiednia motywacja działa cuda :) Na oparciu położyłam już tylko podwójną warstę owaty, bez gąbki tapicerskiej.

IMG_20160326_143114[1]

Największe zaskoczenie czekało mnie na koniec. Mimo, iż moi mężczyźni podzieli się ze mną swoimi narzędziami, okazało się że w żaden sposób to wszystko do siebie nie pasuje. Wkręty nie chcą się wkręcić, niektórych brakuje, oparcie wyszło jakoś nierówno, a między siedziskiem a stelażem może hulać wiosenny wiatr. Byłam już bliska rzucenia całego przedsięwzięcia, ale z pomocą przyszedł M. Ja siedziałam on skręcał :)

IMG_20160325_205124[1]

Podsumowując: koszt całego przedsięwzięcia wyniósł w moim przypadku 6,50zł – tyle zapłaciłam za materiał. Jeśli doliczyć do tego farbę (ok. 10zł), owatę lub/i gąbkę tapicerską (kilka zł), papier ścierny, itp. – nie wychodzi dużo. Przed podjęciem zabawy warto jednak dokładnie obejrzeć mebel, ja niesiona wizją końcową trochę zbyt optymistycznie oceniłam kondycję mojego krzesła. Na pewno jeszcze trochę posłuży, ale będę musiał uważać by Bunio nie przekoziołkował razem z nim :) Czy warto? Warto. Zwłaszcza dla zdobycia praktyki. Było to moje pierwsze takie wyzwanie i już wiem, że np. trzeba mocniej naciągnąc materiał. Ale mimo niedociągnięć efekt końcowy zadowala mnie niezmiernie, a moje szyciowe królestwo zyskało mega wygodne krzesło :)

IMG_20160326_145315[1] IMG_20160326_145330[1] IMG_20160326_145348[1]