Odnowiony leżak DIY, czyli czy ktoś widział wiosnę?

Tak bardzo tęsknię za wiosną. Ale taką prawdziwą, kiedy można iść na spacer bez czapek i rękawiczek. Gdy można pooddychać głęboko, bez obawy złapania kolejnego zapalenia zatok. Wypić kawę na balkonie, nie trzęsąc się z zimna…

A skoro o balkonie mowa, będzie w tym roku zupełnie inaczej. Zmiany będą wywołanie samowolką ogrodniczą zarządu wspólnoty, który w pień wyciął nasz piękny winogron, za powód podając brak zielonych liści w okresie styczeń – luty oraz plan odnowy elewacji w najbliższym czasie. Serce bolało, zwłaszcza gdy wujek Google rozwiał moje nadzieje na wychodowanie podobnych rozmiarów rośliny w donicy.

Czekając na wiosnę, postanowiłam zregenerować leżak, przewracający się po kątach. Stan wyjściowy prezentował się następująco:

DSC_0515 DSC_0517 (Kopia 1) DSC_0519 DSC_0521 (Kopia 1)

Jak widać, stan stelaża nie był zły, gorzej z porwaną i wyblakłą tapicerką. Bez wyrzutów sumienia wzięłam nożyczki i zrobiłam to co było konieczne. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu! Na nową tapicerkę wybrałam matę, zakupioną kiedyś w SH za całą złotówkę.

DSC_0531

Zaczęłam od obcięcia overlockiem postrzępionego brzegu.

DSC_0535

Zawinęłam do wewnątrz, tworząc tunel o szerokości 15 cm. Wolałam dać więcej luzu, dla lepszego użytkowania. Zszyłam podwójną stębnówką (mam nadzieję, że wytrzyma) :)

DSC_0541 DSC_0542

Rozprasowałam i zawołałam męskie posiłki, posiadające śrubokręt.

DSC_0553 DSC_0556DSC_0568

Pierwszy test wytrzymałości przebiegł pomyślnie! :)

DSC_0573

Jak widzicie, materiał jest szerszy niż jego poprzednik – zastanawiałam się, czy warto go zwężać. Na szczęście duch lenistwa przekonał mnie, by sobie darować i dzięki temu dziecko nie wpada z kończynami i krzykiem rozpaczy w dziury między tapicerką i stelażem.

DSC_0577 DSC_0580 DSC_0583 DSC_0579

Jest wygodnie, jest miło, a za oknem wciąż jest zimno. Efekt końcowy lekko ocieplił moje wnętrze, ale do prawdziwej wiosny jeszcze daleko. Mam nadzieję, że wszyscy się doczekamy!

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Balkonowa historia. Część II, póki co ostatnia

Jak już przebrnęliście przez pierwszą część balkonowych historii, czas na dekorację naszego balkonu. To jak wisienka na torcie, jak zwieńczenie dzieła, koniec długiej opowieści. Uff.

Muszę przyznać się do jednej istotnej rzeczy. Większość kwiatów, powierzonych w moje ręce, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Dlatego tymbardziej postanowiłam, że w tym roku będzie inaczej. Dużo poczytałam, zaopatrzyłam się w odpowiednie podłoże i nawozy – naprawdę, warto. Jest to nieduży koszt, a różnica jest widoczna gołym okiem. W tym roku zaczęłam od begonii, poprzez tuję, po zioła. Pełna rozpiętość. Chyba sprawdzam, co przetrwa najdłużej :) Uszyłam poduszki, wyciągnęłam ulubiony kocyk (bo piękną jesień mamy tego lata). Wciąż nie tracę nadziei na poranną kawę w słońcu. Szczególnie lubię kącik ziołowy – bazylia i szczypior przydają się w kuchni, a melisa…. nacodzień jak znalazł! Jak widać, nasz balkon musiał również udźwignąć funkcję praktyczną, na szczęście cały jarmark zmieścił się w najniższej skrzynce. Bez zbędnego gadania, zostawiam Wam kilka zdjęć efektu końcowego.

DSCF0386DSCF0344DSCF0347 kopia DSCF0353DSCF0366 DSCF0373 DSCF0371    DSCF0395DSCF0406

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu.

Balkonowa historia. Jak można zaoszczędzić na remoncie, część I.

Tanio i ładnie. Takie miałam oczekiwania, biorąc sie za metamorfozę balkonu. A było tak:

IMG_20160708_201959

Nie ukrywam, że nie jest to najważniejsze pomieszczenie w domu, które wymaga nakładu pracy i środków. Ale z własnych, bardzo osobistych powodów niezwykle zależało mi na tym miejscu. Poranne śniadania z całą rodziną, naładowane słońcem. Wieczory we dwoje (troje) z sushi. Do tego, kupując to mieszkanie w grudniu miałam nadzieję na taki widok:

DSCF9962

Podłoga, balustrada, ściany

Zaczęliśmy od podłogi. Nowy gres, o wzorze który mnie powalił od pierwszego wejrzenia. No dobra, od drugiego, bo początkowo miał być zupełnie inny. Jako że balkon ma akurat metr szerokości, dla ułatwienia pracy wybrałam płytki o rozmiarze 33×33 cm. To był najtrudniejszy etap całej metamorfozy, za każdym razem umówiona sobota okazywała się deszczowa. Po dwóch miesiącach się udało, potem poszło z górki. Czy można w jakiś sposób zaoszczędzić na tym etapie? Jak mawia mój tato: „nie Święci garnki lepią!” :) A jeśli mimo wszystko nie czujemy się na siłach, możemy zrobić dwie rzeczy: po pierwsze znaleźć fachowca, z którym z góry ustalimy stawkę i zakres prac i po drugie – promocje! Swoje płytki miałam upatrzone od połowy stycznia bodajże i cierpliwie kontrolowałam sytuację. Może nie była to super promocja, ale zawsze kilka złotych zaoszczędzonych. Balustrada wymagała oczyszczenia, zaimpregnowania od rdzy i pomalowania na świeżo. W tym momencie możemy odetchnąć, najtrudniejszy etap pracy za nami.

DSCF0018

Jeżeli chodzi o malowanie ścian, tu musimy być ostrożni. Każda samowolka kolorystyczna może być niemile widziana w spółdzielni mieszkaniowej czy zarządzie wspólnoty. Dlatego też warto odpuścić sobie pewne rzeczy, My odmalowaliśmy tylko wewnętrzną stronę balustrady, na której są płytki – relikty poprzedniej epoki. To rozwiązanie wybraliśmy z czystej wygody i lenistwa oraz kosztów. Farba a nowe płytki – chyba sami wiecie jaka jest różnica w cenie.

Meble

Na odmalowanym balkonie warto na czymś usiąść. Nasze krzesła pochodzą z marketu budowalnego (znów zakupione w cenie promocyjnej), a stolik…. spod śmietnika! Jak przerażająco dla niektórych by to brzmiało, ale często można znaleźć perełki (na które warto patrzeć jednak krytycznym okiem). Przekonał mnie wymiar, który był wprost idealny. Najmniejsze gotowce miały szerokość 50 – 60 cm, co przy metrowym balkonie byłoby nielada wyzwaniem. Mój ma 35 cm, nie za dużo powierzchni jadalnianej, ale jak przetestowaliśmy – da się. Dzięki temu mogę dojść do końca balkonu bez obitego biodra, a Buniowa głowa wciąż jest w jednym kawałku. Potrzebował co prawda jednej warstwy lakierobejcy, która została nam po malowaniu stołu do salonu.

Długo rozglądałam się za półkami lub innym meblem do przechowywania. Miałam też pomysł na użycie skrzyni wojskowej i siedziska z gąbki tapicerskiej, ale u nas to rozwiązanie póki co by się nie sprawdziło. Przypadkiem zostałam obdarowana skrzynkami po jabłkach, które długo czekały na przypływ weny. Dopiero wczoraj mnie natchnęło. Lekko wyczyściłam je papierem ściernym o niskiej gramaturze, tak tylko by nie było niepotrzebnych zadziorów. Bardzo zależało mi na oryginalnym wyglądzie drewna, dlatego do malowania użyłam rozcieńczonej białej farby. Na początku chciałam załatwić sprawę nakładając ją gąbką, ale pędzel okazał się przydatniejszy. Jedna wyszła lekko jaśniejsza, ale urok swój mają. I są właściwie bezpłatne :)

IMG_20160707_212139[1] IMG_20160707_212152[1] IMG_20160708_104435[1]

Tak więc podsumowując na dziś: podłoga (250 zł za płytki i klej), pomalowanie balustrady (20 zł za farbę), meble (krzesła 86 zł za sztukę, ok. 10 zł farba i lakierobejca do stolika i skrzynek). Całość: 452 zł.

Już za niedługo (czekam, aż M. wróci i pomoże mi z wiertarką) dalsza część urządzania balkonu i zdjęcia szczęśliwego finału :)