Balkonowa historia. Jak można zaoszczędzić na remoncie, część I.

Tanio i ładnie. Takie miałam oczekiwania, biorąc sie za metamorfozę balkonu. A było tak:

IMG_20160708_201959

Nie ukrywam, że nie jest to najważniejsze pomieszczenie w domu, które wymaga nakładu pracy i środków. Ale z własnych, bardzo osobistych powodów niezwykle zależało mi na tym miejscu. Poranne śniadania z całą rodziną, naładowane słońcem. Wieczory we dwoje (troje) z sushi. Do tego, kupując to mieszkanie w grudniu miałam nadzieję na taki widok:

DSCF9962

Podłoga, balustrada, ściany

Zaczęliśmy od podłogi. Nowy gres, o wzorze który mnie powalił od pierwszego wejrzenia. No dobra, od drugiego, bo początkowo miał być zupełnie inny. Jako że balkon ma akurat metr szerokości, dla ułatwienia pracy wybrałam płytki o rozmiarze 33×33 cm. To był najtrudniejszy etap całej metamorfozy, za każdym razem umówiona sobota okazywała się deszczowa. Po dwóch miesiącach się udało, potem poszło z górki. Czy można w jakiś sposób zaoszczędzić na tym etapie? Jak mawia mój tato: „nie Święci garnki lepią!” :) A jeśli mimo wszystko nie czujemy się na siłach, możemy zrobić dwie rzeczy: po pierwsze znaleźć fachowca, z którym z góry ustalimy stawkę i zakres prac i po drugie – promocje! Swoje płytki miałam upatrzone od połowy stycznia bodajże i cierpliwie kontrolowałam sytuację. Może nie była to super promocja, ale zawsze kilka złotych zaoszczędzonych. Balustrada wymagała oczyszczenia, zaimpregnowania od rdzy i pomalowania na świeżo. W tym momencie możemy odetchnąć, najtrudniejszy etap pracy za nami.

DSCF0018

Jeżeli chodzi o malowanie ścian, tu musimy być ostrożni. Każda samowolka kolorystyczna może być niemile widziana w spółdzielni mieszkaniowej czy zarządzie wspólnoty. Dlatego też warto odpuścić sobie pewne rzeczy, My odmalowaliśmy tylko wewnętrzną stronę balustrady, na której są płytki – relikty poprzedniej epoki. To rozwiązanie wybraliśmy z czystej wygody i lenistwa oraz kosztów. Farba a nowe płytki – chyba sami wiecie jaka jest różnica w cenie.

Meble

Na odmalowanym balkonie warto na czymś usiąść. Nasze krzesła pochodzą z marketu budowalnego (znów zakupione w cenie promocyjnej), a stolik…. spod śmietnika! Jak przerażająco dla niektórych by to brzmiało, ale często można znaleźć perełki (na które warto patrzeć jednak krytycznym okiem). Przekonał mnie wymiar, który był wprost idealny. Najmniejsze gotowce miały szerokość 50 – 60 cm, co przy metrowym balkonie byłoby nielada wyzwaniem. Mój ma 35 cm, nie za dużo powierzchni jadalnianej, ale jak przetestowaliśmy – da się. Dzięki temu mogę dojść do końca balkonu bez obitego biodra, a Buniowa głowa wciąż jest w jednym kawałku. Potrzebował co prawda jednej warstwy lakierobejcy, która została nam po malowaniu stołu do salonu.

Długo rozglądałam się za półkami lub innym meblem do przechowywania. Miałam też pomysł na użycie skrzyni wojskowej i siedziska z gąbki tapicerskiej, ale u nas to rozwiązanie póki co by się nie sprawdziło. Przypadkiem zostałam obdarowana skrzynkami po jabłkach, które długo czekały na przypływ weny. Dopiero wczoraj mnie natchnęło. Lekko wyczyściłam je papierem ściernym o niskiej gramaturze, tak tylko by nie było niepotrzebnych zadziorów. Bardzo zależało mi na oryginalnym wyglądzie drewna, dlatego do malowania użyłam rozcieńczonej białej farby. Na początku chciałam załatwić sprawę nakładając ją gąbką, ale pędzel okazał się przydatniejszy. Jedna wyszła lekko jaśniejsza, ale urok swój mają. I są właściwie bezpłatne :)

IMG_20160707_212139[1] IMG_20160707_212152[1] IMG_20160708_104435[1]

Tak więc podsumowując na dziś: podłoga (250 zł za płytki i klej), pomalowanie balustrady (20 zł za farbę), meble (krzesła 86 zł za sztukę, ok. 10 zł farba i lakierobejca do stolika i skrzynek). Całość: 452 zł.

Już za niedługo (czekam, aż M. wróci i pomoże mi z wiertarką) dalsza część urządzania balkonu i zdjęcia szczęśliwego finału :)

Zrobiliśmy sobie stół

Jak dobrze mieć w życiu poczucie, że Twoja druga połówka rozumie Twoje wariactwa. Jak nie mogę spać, to wymyślam. A że w Belgradzie spało mi się słabo, zaczęłam obmyślać wizję balkonu. Na drodze stanął mi stół. Dosłownie. Stary, ale w świetnej kondycji, przygarnięty przez mojego tatę w czasie remontu. Docelowo miał stać na balkonie, ale okazał sie zdecydowanie za duży. Zwłaszcza, że już upatrzyłam coś innego.

I wymyśliłam, brakowało mi stolika kawowego, a znaleziona przeze mnie opcja sięgała rzędu 1000 zł. Wersja tańsza – Ikea – 400 zł. Tak więc M. dał się namówić i w pierwszy wolny dzień, gdy pierworodny zapragnął pojechać do babci, zaczęliśmy zabawę.

IMG_20160421_213444[1]

Zaczęliśmy od zakupów. Na blat wybraliśmy deski sosnowe. Kupiliśmy lakierobejcę, wkręty, kątówki. Wydaliśmy łącznie mniej niż 100 zł. Przycięte deski skręciliśmy razem.

IMG_20160421_213506[1]

Niestety M. musiał je wyrównać, mimo że w markecie budowlanym były cięte na ten sam wymiar. Lekko wyrównałam brzegi desek papierem ściernym. Po przetarciu z kurzu, pomalowałam blat podwójną warstwą lakierobejcy.

DSCF9701

Po zdjęciu oryginalnego blatu, stelaż przycięliśmy do wysokości 45cm. I tu muszę pochwalić M., który tak pięknie to zrobił, że stół w końcu przestał się machać na wszystkie strony. Wyczyściłam go papierem ściernym, wytarłam z kurzu i pomalowałam na biało. Wystarczyły 2 warstwy, które dodatkowo wygładzałam drobnym papierem ściernym.

Dodatkowo pomalowałam szufladę, zmieniłam gałkę na ceramiczną, którą w przyszłości ozdobię. Skręciliśmy całość i usiedliśmy na kanapie, zadowoleni z efektu końcowego. Yeah, jak nie kochać takiego cudownego M.? :)

DSCF9710 DSCF9723 DSCF9728 DSCF9740 DSCF9741 DSCF9746

PRL w naszym domu, czyli krzesło poszło na warsztat

W końcu! Tak mogę podsumować rewolucję krzesłową w naszym domu. MIało być lekko i przyjemnie, wyszło jak zawsze ;) A to zszywek brak, to farba nie wyschła, to Bunio postanowił nie zasnąć na drzemkę…. Ciągle coś, ale w końcu, zmotywowana wizją zbliżającego się remontu postanowiłam dokończyć dzieło.

Po kolei. Tak prezentował się mój zabytek w formie wyjściowej. Ciemne nogi, okropna tapicerka, gąbką pod materiałem w rozsypce. Krzesło miało trafić na śmietnik, dostaliśmy je jako gratis do mieszkania, dzielnie służyło w czasie całego remontu (czyli strategicznych dwóch grudniowych tygodni). Motywowana internetowymi przemianami, postanowiłam dać mu nowe oblicze.

IMG_20160306_200918[1]

Wpierw rozkręciłam całość, wyjęłam siedzisko i oparcie. Jako że metamorfoza miała być bardzo nisko budżetowa, wykorzystałam białą farbę, która wcześniej pomogła mi przy szafach w sypialni. Stelaż przetarłam papierem ściernym (ok. 60-100), wytarłam z pyłu i zabrałam się do malowania. Ogólnie 3 warstwy załatwiły sprawę, gdzieniegdzie widać prześwity, więc można by się uprzeć na jeszcze jedną warstwę. Między malowaniem kolejnych warstw delikatnie przecierałam stelaż drobnym papierem ściernym (ok.200-240), by wyrównać wszelkie nierówności.

Kolejnym etapem było tapicerowanie siedziska i oparcia. Miałam resztki gąbki tapicerskiej, więc dociełam ją do wielkości siedziska. Dodałam warstwę owaty, tak by jeszcze „zmiękczyć” efekt końcowy. Na to materiał i gotowe.

IMG_20160326_144441[1]

Wystarczyło spiąć wszystko zszywaczem tapicerskim, lekko naciągając materiał. Okazało się, że to właśnie wybór materiału najbardziej spowolnił cały proces twórczy. Ciężej było z oparciem, z powodu mojego własnego niedbalstwa i pośpiechu wycięłam trochę za wąski kawałek tkaniny, którą było mi ciężko złapać na rogach. Ale odpowiednia motywacja działa cuda :) Na oparciu położyłam już tylko podwójną warstę owaty, bez gąbki tapicerskiej.

IMG_20160326_143114[1]

Największe zaskoczenie czekało mnie na koniec. Mimo, iż moi mężczyźni podzieli się ze mną swoimi narzędziami, okazało się że w żaden sposób to wszystko do siebie nie pasuje. Wkręty nie chcą się wkręcić, niektórych brakuje, oparcie wyszło jakoś nierówno, a między siedziskiem a stelażem może hulać wiosenny wiatr. Byłam już bliska rzucenia całego przedsięwzięcia, ale z pomocą przyszedł M. Ja siedziałam on skręcał :)

IMG_20160325_205124[1]

Podsumowując: koszt całego przedsięwzięcia wyniósł w moim przypadku 6,50zł – tyle zapłaciłam za materiał. Jeśli doliczyć do tego farbę (ok. 10zł), owatę lub/i gąbkę tapicerską (kilka zł), papier ścierny, itp. – nie wychodzi dużo. Przed podjęciem zabawy warto jednak dokładnie obejrzeć mebel, ja niesiona wizją końcową trochę zbyt optymistycznie oceniłam kondycję mojego krzesła. Na pewno jeszcze trochę posłuży, ale będę musiał uważać by Bunio nie przekoziołkował razem z nim :) Czy warto? Warto. Zwłaszcza dla zdobycia praktyki. Było to moje pierwsze takie wyzwanie i już wiem, że np. trzeba mocniej naciągnąc materiał. Ale mimo niedociągnięć efekt końcowy zadowala mnie niezmiernie, a moje szyciowe królestwo zyskało mega wygodne krzesło :)

IMG_20160326_145315[1] IMG_20160326_145330[1] IMG_20160326_145348[1]