Najważniejsza rzecz, o której dowiedziałam się dzięki blogowaniu

W swoim blogowaniu przeszłam już chyba przez wszystkie emocje: od euforycznej radości entuzjastycznego pisania o każdej uszytej rzeczy, po tygodnie totalnej bezproduktywności, gdy słowa nie chciały ułożyć się w ciąg, a ja planowałam zamknąć to miejsce na kilka spustów. Nie będę Wam pisać, ile czasu pożera blogowanie, jak trudno jest zmotywować się do działania, gdy jakiś wymiernych efektów nie widać. Nie będę Was wpędzać w poczucie winy nie komentowania postów, bo dostaję od Was mnóstwo dobrych emocji, nawet jeśli statystyki nie biją po oczach, a reklamodawcy nie pukają masowo do moich okien. Bo przez ostatnie miesiące nauczyłam się o blogowaniu jednego.

home-office-336581_960_720

Długo żyłam w przekonaniu, że popularność bloga wiąże się z ilością pojawiających się wpisów – im częściej publikujesz, tym więcej masz czytelników. I pisałam – o wszystkim i o niczym. W ostatnim roku powstało dużo wartościowych tekstów i tyle samo „zapychaczy”, które może nie są złe, ale mogły by być lepsze. Lepiej napisane, z lepszymi zdjęciami i lepszą promocją. I choć wiele z nich jest bardzo popularnych, pamiętam w jakich bólach powstawały. W nocy, ze łzami w oczach, bo zdjęcia znów nie wyszły, komputer się zacina, a jutrzejszy dzień pracy zaczyna się od 6.

Po kilkunastu takich intesywnych blogowo tygodniach, z pracą na pełen etat, szyciem po nocach i pisaniem w każdej wolnej chwili, postanowiliśmy zorganizować sobie chwilę wytchnienia. Wyrwaliśmy się na kilka dni na Mazury, gdzie powstał ważny dla mnie tekst o poczuciu perfekcjonizmu, który możecie przeczytać tutaj. Sama sobie powiesiłam poprzeczkę, a potem z całej siły próbowałam do niej doskoczyć. Po drodzę skręcałam kostki, nabijałam kolejne sińce, na szczęście kręgosłup moralny pozostał nietknięty.

Drugim bodźcem do zmiany myślenia był tekst o Infinity dress, który powstawał (od czasu otrzymania paczki z materiałem do publikacji) ponad 3 tygodnie! Dlaczego? Bo wymyśliłam sobie sesję na plaży. Wszystko ekstra, tylko gdy jedyna osoba w rodzinie, która mogłaby zrobić ci zdjęcia pracuje akurat kiedy masz wolne, a gdy cudem oboje jesteście dostępni i dziecko nie gorączkuje – akurat leje. I to leje, nie pada. W końcu się poddałam i tylko mój mąż wie ile nerwów i płaczu mnie to kosztowało. Gdy emocje opadły i rozsądek doszedł znów do głosu, wymyśliłam alternatywną wersję i zrobiłam sesję z manekinem (by the way, chyba czas rozejrzeć się za fotografem!). Skoro tak wyszło i wrzechświat rzuca mi kłody pod nogi, to zrobię to najlepiej jak umiem, korzystając z dostępnych mi opcji. I tak powstał materiał, który podbił Wasze serca, osiąga rekordowe zasięgi i żyje już swoim życiem na różnych forach szyciowych. Możecie zobaczyć go tutaj.

Jakość. Tak, JAKOŚĆ. Przekonałam się, że na tym powinno budować się swoje miejsce w internetowym światku. Jakość obroni się w świecie kopiuj/wklej, w którym każdy może nazwać się blogerem czy ekspertem. Gdzie mój pomysł z chwilą publikacji staje się dobrem ogólodostępnym. Z punktu widzenia twórcy – wolę napisać jeden ciekawy i oryginalny tutorial, niż dziesięć byle jakich. Czas, który na to poświęcę będzie podobny, ale Wasza reakcja zupełnie inna. I to dzięki Wam zrozumiałam przewagę jakości nad ilością.

Dlatego zostając ze mną na dłużej, możesz liczyć na treści coraz lepszej jakości. Na zdjęcia, które nie będą byle jakie. Na tutoriale o coraz ciekawszej tematyce, o różnym poziomie trudności. Być może nie uda mi się publikować co drugi dzień, ale obiecuję włożyć jeszcze więcej serca i pracy. Bo wierzę, że jakość jest lepsza niż ilość. 

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Infinity dress DIY, czyli najpraktyczniejsza rzecz w wakacyjnej garderobie – tutorial szycia

Gdy tylko ją ujrzałam – przepadłam! Wiedziona wizją urlopową i obietnicami pogodowymi, postanowiłam uszyć najpraktyczniejszą sukienkę, jaką świat wymyślił. Infinity dress to w sumie 3 lub 4 kawałki materiału, niecała godzina roboty i kilkanaście komibnacji podczas noszenia.

DSC_0123

W wersji pierwotnej dwa długie pasy połączone są ze spódnicą. Niestety niewiele z nas ma figurę modelową, więc opracowałam wersję zasłaniającą trochę newralgicznych punktów, przy zachowaniu oryginalnego zamysłu motania się dookoła siebie.

Krojenie

Potrzebujemy 2 metrów dzianiny. Szyjemy z tkanin mocno elastycznych – ja znalazłam materiał idealny, za – uwaga! – całe 10 zł za metr. Możecie znaleźć ją tutaj.

Z materiału kroimy następujące części:
- spódnica: prostokąt o wymiarach 160 cm x gotowa długość spódnicy + 2 cm zapasu na szew,
- pasy: 2 prostokąty o wymiarach 40 cm x 160 cm,
- część górna: według zamieszczonego poniżej schematu. Szerokość tej części zależy od rozciągliwości dzianiny. W moim przypadku przy obwodzie klatki piersiowej 90 cm wystarczyło 70 cm szerokości****. Element ten kroimy 2 razy.

****Ważne: podczas intesywnego noszenia mojego egzemplarza okazało się, że część górna jest jeszcze trochę za szeroka – w moim przypadku wystarczyłoby 60 cm szerokości. Wszystko zależy od rozciągliwości materiału, więc uważnie zweryfikujcie to podczas przymiarki :)

scj zn vrabvk

Wymiary te są dopasowane do osoby o rozmiarze 38 i wzroście 164 cm. Łatwo dopasujesz samodzielnie korekty do swoich wymiarów :)

Szycie:

1. Zaczynamy od góry sukienki. Składamy obie części prawymi stronami do wewnątrz i zszywamy wzdłuż górnego brzegu:

DSC_0036

Rozprasowujemy szew i układamy wzdłuż krótszego brzegu, prawymi stronami do wewnątrz. Zszywamy i dokonujemy pierwszej przymiarki – jeśli trzeba, zmniejszamy obwód tej całości.

DSC_0041

2. Zszywamy pasy. Układamy prawą stroną do wewnątrz i zszywamy wzdłuż długiego i jednego krótkiego brzegu. Rozprasowujemy szwy.

DSC_0045

3. Zszywamy szew spódnicy.

4. Składamy poszczególne elementy w całość. W pierwszej kolejności układamy pasy, tak by lekko zachodziły na siebie (ok. 2 cm):

DSC_0046

Dodajemy część górną sukienki, pilnując by nie przesunęła się względem pasów (środek tej części musi wypadać idealnie na środku złożenia pasów):

DSC_0050

Dodajemy spódnicę. Górę (ułożoną jak na zdjęciu powyżej) wkładamy w środek spódnicy (odwróconej prawą stroną do wewnątrz). Symetrycznie wyznaczamy cztery równo oddalone od siebie punkty i przypinamy do części górnej. Lekko naciągając upinamy resztę materiału:

DSC_0053 DSC_0055 DSC_0056

Zszywamy całość – dla ułatwienia można najpierw ręcznie przestębnować, potem zszyć na maszynie. Odwracamy, rozprasowujemy i mierzymy :) Gdy długość się zgadza – podkładamy dół spódnicy lub (jak w przypadku mojej dzianiny) zostawiamy surowe wykończenie.

Uwagi dodatkowe:
- zarówno materiał, jak i szwy muszą być elastyczne! Możesz szyć na overlocku lub maszynie: ściegiem elastycznym lub zygzakiem,
- jeśli chcesz uszyć wersję odważniejszą zamień część górną sukienki na kilkucentymetrowy pasek i zwiększ szerokość pasów do wiązania, by łatwiej było zakryć biust,
- jeśli masz większy biust lub chcesz mieć więcej materiału do drapowania na ramionach, dodaj kilka centymetrów do szerokości pasów,
- jeśli Twój materiał na to pozwala, możesz zostawić surowe wykończenia szwów. Zamiast zszywać pasy, możesz zrobić je szersze, z pojedynczej warstwy materiału,
- by nie zniechęcić się i sprawdzić zaplanowane wymiary, uszyj wersję próbną, np. z używanego prześcieradła z jersey’u przeznaczonego do recyklingu.

Trudno wyobrazić sobie sylwetkę, dla której ten model by nie pasował :)

DSC_0126 DSC_0129 DSC_0131 DSC_0134 DSC_0136 DSC_0143DSC_0114

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Mission impossible: jak ogarnąć szafę?! Sprawdzone sposoby zawodowego zbieracza ubrań

Doszłam w swoim sz(ż)yciu do momentu, gdy straciłam cały zapał. Mam wrażenie, że czego nie dotknę – wszystko zepsuję. Normalnie fatum jakieś. Po kolejnej nieudanej rzeczy, zrezygnowana rozejrzałam się dookoła i stwierdziłam, że moja przestrzeń potrzebuje większych porządków. Nagromadziłam taką ilość materiałów i rzeczy do przeróbki, że nie mogłam ogarnąć całego bałaganu wzrokiem. Po kilkudniowym resecie wzięłam się w garść. To był dopiero początek. Po pokoju szyciowym nadszedł czas na moją szafę – odważne posunięcie! Jeśli tak jak ja myślisz, że jest to niemożliwe – przygotowałam małą ściągawkę. Bierzcie i ogarniajcie się! :)

DSC_0108

Na początku wszystkie ubrania dzielimy na trzy grupy:

1. Noszę – rzeczy, które aktualnie są w użyciu,

2. Nie noszę – nie lubię, nie pasuje mi to, jest już zniszczone lub sprane,

3. Noszę okazjonalnie – np. sukienki, które nakładamy na większe wyjścia.

Pierwsza i ostatnia kategoria nie sprawia zbyt dużego problemu, druga jest polem minowym. Naprawdę. Warto podejść do sprawy na zimno. Odrzucamy wszystkie rzeczy, które są zniszczone, sprane, poplamione. Potem eliminujemy te, w których źle się czujemy, bo i tak istnieje mała szansa, że będą kiedyś w codziennym użytku. Jeśli nie jesteś do końca przekonana – spakuj je i odstaw na co najmniej miesiąc. Te, które w tym czasie nałożysz zostają w szafie.

Jeśli jesteś sentymentalna – to masz problem ;) Nie mam serca napisać Ci, żebyś wyrzuciła sukienkę z pierwszej randki z mężczyzną, który okazał się tym jedynym – ba! Sama trzymam taką jedną sukienkę, którą dostałam w ramach przeprosin za zapomniane urodziny, mimo iż już jej najprawdopodobniej nie nałożę. Przede wszystkim – umiar!

Dodatkową miną będzie dział nazwany: ubrania do domu/ogrodu/spania. Dlaczego? Nagle wszystkie dwanaście powyciąganych koszulek, zamiast do kontenera trafia na dno szafy, bo się przecież kiedyś przyda. Błąd! Zostaw dwa lub trzy zestawy śpiące, resztę bez sentymenów zutylizuj.

Co zrobić z ubraniami z kategorii nr 2, które są jeszcze w dobrym stanie? Po pierwsze – możesz pobawić się w twórczy recykling i ze starych jeansów uszyć dziecięce spodnie, z bawełnianych koszulek zrobić dywanik lub podkładki pod kubki. Ale znów – umiar, umiar, umiar! Po drugie – możesz oddać je komuś znajomemu lub na cele charytatywne – poszukaj w okolicy miejsc takich jak Dom Samotnej Matki lub organizacja wspierająca ludzi w cieżkich sytuacjach życiowych.

Ogarnięta szafa to (w mniejszym lub większych stopniu) ogarnięte życie. Łatwiej jest uporządkować rzeczy z prania, wybrać rano strój do pracy, znaleźć pasujące spodnie czy bluzkę, a nawet nie wkopać się podczas zakupów – będziesz wiedziała, że masz już dziesięć szarych t-shirtów w szafie, jedenasty jest zbędny! :)

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!