Czas pożegnać perfekcjonizm

Minęły dwa lata, od kiedy jestem mamą. Każda kobieta w okresie oczekiwania na potomka ma swoją wizję i plan, jaką mamą będzie. Nie wiem jak Wam, ale mi się nie udało.

Miałam się nie denerwować. Nie karmić dziecka cukrem. Być oazą spokoju z idealnie czystym mieszkaniem. Nie poddawać się i cierpliwie, w milczeniu znosić wszystkie niedogodności życiowej codzienności. Rozwijać się w swoich pasjach i służbie w Kościele. Miałam być perfekcyjną mamą.

Ale nie wyszło. Na chwilę obecną mam pełną zmywarkę i kosz na pranie. Kłęby sierści tułają się po kątach, bo zamiast sprzątać przez cały wieczór szlifowałam krzesło, myśląc o wykroju na nową spódnicę. Dopiero co zakończyłam tydzień pracy, zaraz zaczynam następny. I jestem szczęśliwa.

Pożegnałam swoją potrzebę perfekcjonizmu. Ostatnie dwa lata pokazały, że nie muszę być chodzącym ideałem, do którego codziennie wzdychałam. Nie muszę udowadniać sobie, że jestem w stanie sama zrobić wszystko. Bo też bywam zmęczona, a moja doba ma tylko 24 godziny. I niestety nie wymyśliłam jeszcze, jak dodać gratisowy dzień tygodnia, między sobotą i niedzielą.

Ty też nie musisz być perefekcyjna. Możesz pożegnać swoją frustrację, spojrzeć na swój dzień przez pryzmat realności i posegregować swoje priorytety. Podzielić wszystkie plany na te ważne i te mniej ważne. Poświęcić swoje myślenie na rzeczy, nad którymi warto się zastanawiać, rezygnując z udręki zmiany czegoś, na co nie masz wpływu. Bo czasem po prostu się nie da, być wszędzie i zrobić wszystko. Dlatego zamiast sobotniej gonitwy z odkurzaczem, spędzić popołudnie w parku, karmiąc kaczki z dzieckiem. Usiąść z kawą, w słońcu ogrzewającym twarz. Zamiast trzydaniowego obiadu wybrać się do baru mlecznego. Spędzić trochę czasu na robieniu niczego. Podzielić obowiązki, pokazać reszcie domowego stada, że też masz swoje granice. Cieszyć się dniem, a nie oczekiwać lepszego jutra, weekendu czy wakacji.

Nie muszę być perfekcyjna. Ty też nie. Możemy być po prostu szczęśliwe, od teraz.

 Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Ikea hacks, czyli popularny stolik z sieciówki w nowej wersji

Tak jak spora część rodziców, znając niszczycielskie siły swoich kilkulatków, zakupiliśmy znany stolik w szwedzkiej sieciówce. Zgodnie z zasadą, że jak się zniszczy, to żeby nie było nam żal straconych środków. I tak trwał sobie w Buniowym pokoju, będąc świadkiem nauki rysowania coraz to trudniejszymi do zmycia mazakami. Pomysł kiełkował w mojej głowie już od dawna, ale zawsze było coś pilniejszego. Z każdą kolejną plasteliną wlepioną w blat wiedziałam, że ten dzień nieuchronnie się zbliża. Miarka przebrała się, gdy Bunio odkrył możliwości markera permamentnego. Powiedziałam dość! Czas działać! :)

Po drodze popełniłam parę błędów, nie będę Was okłamywać. Ale od początku. Zaczęliśmy wspólnie, od lekkiego zmatowienia całości papierem ściernym o gradacji 120. Po przetarciu z pyłu, w ruch poszedł najzwyklejszy grunt, który został nam po malowaniu ścian.

Po wyschnięciu zaczęło się malowanie. Kierowana instynktem przetrwania, wzięłam się za to dopiero gdy Bunio zasnął. Przygotowałam sobie farbę akrylową (znów spadek po remoncie sypialni), którą zabarwiłam lekko czarnym pigmentem. Zależało mi na uzyskaniu koloru, który zakryje ślady bitwy z markerem, jednocześnie nie sprawiając ponuroszarego wrażenia. Farbę nakładałam wałkiem. Wystarczyły (tylko albo aż) cztery warstwy.

Praca z wałkiem wymaga trochę wprawy, by idealnie równomiernie rozprowadzić farbę. Warto poćwiczyć, finalnie jest o niebo szybciej niż przy samym pędzlu.

Tak też przygotowany stolik miał zostać przyozdobiony wzorem, który znalazłam na blogu Leci bocian (miejsce świetne, dużo pięknych i oryginalnych grafik do pobrania). Ale jak go idealnie przerysować, skoro moje możliwości plastyczne są na poziomie siedmiolatki (o czym przekonacie się zaraz)? Wykorzystałam sposób znany z czasów szkolnych, czyli najprostsza wersja podrabiania podpisu rodziców (tak mamo, przyznaję się!) – lewą stronę kartki zamalowujemy mocno ołówkiem. Przykładamy do powierzchni docelowej, stabilizujemy i prowadząc po konturach wzoru ostro zakończonym ołówkiem lub kredką, odbijamy go na blacie.

I tak przygotowany stał kilka dni, czekając na kolejny przypływ weny. A kiedy ten piękny dzień nadszedł, przyszło mi się zmierzyć z dwoma problemami. Po pierwsze – na blacie pojawiły się jakieś plamy. Albo farba nie do końca pokryła jednak mazakowe rysunki, albo niecierpliwe, trzyletnie rączki przyczyniły się do tego stanu. W każdym bądź razie postanowiłam nie poprawiać, z nadzieją że może to tylko kwestia sztucznego światła (gdyż była już to godzina wieczorowa). Po drugie – przeceniłam moje zdolności malarskie. Jednak okazało się, że narysowanie odręczne zaplanowanego wzoru graniczy z cudem. Gdy uświadomiłam sobie ten fakt, miałam nawet myśl o całkowitym zamalowaniu blatu. Nie poddałam się, obiecując sobie wyrównanie braków i krawędzi czarnym markerem. Tak też zrobiłam napis – odpowiednia grubość końcówki uratowała moje dzieło. Na to położyłam 2 warstwy lakieru matowego (na blat 3 warstwy), dedykowanego meblom domowym.

I tak oto powstał on, moja lekcja i (ostatecznie) duma. Nieidealny, nieprofesjonalny. Ale taki mój, zaplanowany razem z Buniem, wykonany z jego pomocą, przypieczętowany obietnicą zaprzestania korzystania z mazaków niezmywalnych.

 Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Porządek musi być! Igielnik na maszynę DIY – tutorial szycia

Wyobraźcie sobie taki obrazek: w środku nocy, w lichym świetle lampy, zdesperowana kobieta koło trzydziestki, zbiera rozsypane szpilki z podłogi, sycząc pod nosem ze złości? Tak, tak, to ja. Przy każdym wieczornym szyciu, pełnym gracji ruchem, zrzucam otwarte pudełko z biurka. Powiedziałam sobie: dość! Czas uszyć igielnik na maszynę, by oszczędzić sobie stresu i szpilek wbitych w stopy.

Potrzebne materiały:
- dwa kawałki materiału o wymiarach 44 x 8 cm bez zapasu na szwy / 46 x 10 cm z zapasami (takie rozmiary ma ramię mojej Juki, za chwilę pokażę, jak to zweryfikować),
- odrobina wypełnienia (kulka silikonowa lub ścinki owaty),
- rzep o długości 7,5 cm i szerokości 2 cm.

Przed krojeniem mierzymy ramię swojej maszyny. Potrzebny wymiar to obwód ramienia + 4 cm zapasu na rzep.

Szycie:

1. Obie części składamy prawą stroną do środka. Zszywamy, zostawiając otwór na wywinięcie na prawą stronę. Ścinamy narożniki, uważając na szew.

2. Odwracamy na prawą stronę i rozprasowujemy. Sprawdzamy, na jakiej wysokości najlepiej będzie umieścić wypełnienie. Przykładamy całość do maszyny, umieszczając mądrze zapięcie – tak by nie mieć potem problemów :) Zaznaczamy szpilkami.

3. Stębnujemy prostopadle do brzegu, na wysokości dolnego zaznaczenia (przy założeniu, że otwór na wywinięcie jest na górze; w przeciwnym razie zaczynamy od górnej linii).

Wypełniamy kulką silikonową. Stębnujemy na wysokości górnego zaznaczenia.

Mamy już wersję wstępną:

4. Dodajemy zapięcie. Umieszczamy taśmę rzepową w odpowiednich miejscach.

5. Stębnujemy całość dookoła (ok. 3 – 5 mm od brzegu) oraz rzepy.

Z radością i ulgą umieszczamy igielnik na maszynie :) Uwielbiam takie proste ułatwiacze życia. A Wy, jakie macie patenty na sprawniejsze szycie?

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Tolerancja obustronna

Ten temat dojrzewał we mnie długo. Od czasu, gdy skomentowałam wpis na jednym z blogów parentingowych na temat adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. I niechcący wywołałam małe, internetowe piekieło, wzbudzając rumieńce na twarzach obrońców tolerancji.

Miałam czelność, w sposób kulturalny, powołując się na własne doświadczenia i aspekty socjologiczne naszego społeczeństwa, wyrazić swoje zdanie. Ta dam! Zaczęło się! Mój brak tolerancji, umysł wyrwany wprost ze średniowiecznej wsi, do tego – o zgrozo! – poglądy o charakterze wyznaniowym, stworzyły ze mnie moherową (nie, żebym coś miała do moheru) poczwarę, która tkwi w swym oderwanym od rzeczywistości świecie.

I w całej tej dyskusji, którą dla własnych nerwów opuściłam w porę, uderzyło mnie jedno. Jak ludzie, zawzięcie broniący tolerancji nie pozwalają mi wyrazić swego zdania i atakują za odmienność poglądów! Hola, hola, to nie o to walczycie?

Tolerancja – termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. Słowo oznacza w tym kontekście „poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych”. (źródło)

Gdzie możliwość swobody wypowiedzi, bez obraźliwych komentarzy i obelg? Gdzie moje demokratyczne prawo bezpiecznego wyznawania poglądów i wolności religijnej?

Moim szczęściem jest brak telewizji. Radia słucham tylko w aucie. Wystrzegam się czczych dyskusji w mediach społecznościowych, a posty znajomych spamujących populistycznymi hasłami politycznymi bez skrupułów ukrywam. Bo nie mam zamiaru przekonywać do swoich racji siłą i tego samego oczekuję od innych. Mam niezbywalne prawo żyć według moich przekonań, mówiąc wprost, że to wiara w żywego Boga sprawia, że jestem tym kim jestem.

I proszę Was, obrońcy praw mniejszości seksualnych i większości wyznaniowych, aktywni ateiści i pasywni anarchiści, o uszanowanie mojego prawa. W imię tolerancji, działającej w obie strony.

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Jak nie zniechęcić się do szycia? 4 najczęstsze problemy z maszyną i gotowe rozwiązania!

Obserwując ruch na grupach szyciowych na znanym portalu społecznościowym, można zauważyć, że często problemy „maszynowe” odbierają całą radość szycia. Mnóstwo frustracji i nerwów pożerają łamiące się igły i zrywające się nici. Po pierwszym poście „maszynowym”, dzisiaj przygotowałam małą ściągawkę z najczęściej szycia problemami. Zapisz lub zapamiętaj :)

1. MASZYNA POMIJA ŚCIEGI
- igła jest tępa lub wygięta – zmień igłę na nową,
- nici są źle nawleczone, od początku nawlecz obie nici, możesz posiłkować się instrukcją,
- igła jest źle dobrana do rodzaju materiału, zwłaszcza jeśli chcesz szyć dresówkę czy jersey igłą, która nie jest przeznaczona do tego rodzaju materiału.

2. IGŁA PĘKA
- źle dobrany rozmiar igły, zwłaszcza jeśli igła jest za cienka w stosunku do grubości materiału,
- igła jest wygięta i trafia w płytkę ściegową,
- materiał nie przesuwa się swobodnie pod stopką, np. w sytuacji gdy ciągniemy materiał.

3. ZRYWA SIĘ NIĆ GÓRNA
- nici są źle nawleczone, należy jeszcze raz nawlec maszynę,
- nić górna jest zbyt mocno nawleczona - pokombinuj z regulacją ustawienia naprężenia nici,
- źle dobrany rozmiar igły – zmień igłę.

4. ZRYWA SIĘ NIĆ DOLNA
- źle nawleczony bębenek powoduje, że nić nie pracuje swobodnie – jeszcze raz nawlecz bębenek: wyjmij szpulkę, sprawdź jej poprawne nawleczenie, włóż w sposób zgodny z instrukcją,
- bębenek lub czółenko są brudne (miejsce, w którym umiejscowiony jest bębenek), należy wyjąć bębenek i wyczyścić czółenko z kłaczków za pomocą pędzelka.

Pamiętaj, by w chwili kryzysu, odetchnąć i zaprzyjaźnić się z instrukcją obsługi swojej maszyny. Wypróbuj wspomnianych wyżej sposobów. A jeśli problem nie mija możesz zasięgnąć rady w grupie Park maszyn, gdzie sama nieraz znalazłam rozwiązanie maszynowego problemu.

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!