Dobry plan nie jest zły – kuchnia dla dziecka DIY

W końcu powstała. Wydumana i wymyślona, kuchnia dla mojego Bunia. Pomysł narodził się, od kiedy me dziecię wyrywa się do mieszania ze mną w garnkach i miskach. A że strona praktyczna podoba mi się niezwykle – w każdej chwili można ją złożyć i schować – postanowiłam stworzyć własny egzemplarz. Wykorzystałam białą bawełnę z dużej, białej poszwy i końcówki kolorowych, które pałętały się gdzieś po szafkach. Chciałam stworzyć jakiś przewodnik DIY, ale przy ilość modeli krzeseł dostępnych na rynku nie ma chyba możliwości zrobienia jednego wykroju. Dlatego opowiem Wam po kolei, co i jak, może komuś ułatwi to podjęcie wyzwania ;)

Wykrój i krojenie

Zaczynamy od zmierzenia i rozrysowania sobie wymiarów naszego krzesła. W sumie potrzebujemy 6 paneli: (1) tył oparcia, (2) przód oparcia, (3) siedzisko, (4) jeden bok, (5) drugi bok, (6) przód. Warto dodać trochę większe zapasy na szwy (2-3 cm), by mieć lekki margines bezpieczeństwa. Planujemy, co zrobimy na każdym panelu i jakich materiałów będziemy do tego potrzebować:

  • piekarnik (6): lamówka do obszycia brzegów, 2x materiał o wymiarach piekarnika + 2 cm zapasu z każdej strony; dodatkowo drzwiczki piekarnika postanowiłam usztywnić ociepliną;
  • kieszenie na przybory (4 i 5): 2x materiał o odpowiednich wymiarach;
  • palniki (3): 4 koła z filcu/polaru;
  • panel z chmurkami (2): materiał o odpowiednich wymiarach.

Warto wziąć kartkę i długopis i rozrysować sobie wszystko po kolei, tak by nie mieć potem strat w materiale :)

Szycie

Kolejność jest w sumie bardzo prosta: najpierw przygotowujemy poszczególne panele, potem łączymy wszystko ze sobą. Najwięcej zabawy jest chyba z piekarnikiem, wycięty otwór musi być o 2 cm mniejszy z każdej strony niż drzwiczki. Na zapięcie przeznaczyłam dwa zatrzaski, ale będę musiała zmienić je na rzepy, łatwiej dziecku zapiąć. Po obszyciu otworu lamówką, przygotowujemy drzwiczki. Jeden z materiałów, wierzchni, układamy na ocieplinie i pikujemy: przeszywamy równo stębnówką, np. poziomymi liniami. Dzięki temu drzwiczki będą ładnie trzymały kształt. Po skończeniu zszywamy ze sobą oba materiały złożone prawymi stronami do środka, zostawiając otwór na wywinięcie. Możemy obciąć rogi, delikatnie by nie uszkodzić szwu. Przewracamy na prawą stronę i rozprasowujemy. Przypinamy do panelu, sprawdzając ułożenie względem otworu piekarnika i zszywamy.

Panele boczne są polem do popisu, kieszenie i kieszonki mogą być najróżniejsze, zarówno wielkością, jak i przeznaczeniem. Ja zdecydowałam się na wąskie i długie po jednej stronie i dużą, pojemną po drugiej.

Na siedzisku naszywamy palniki. Dobrze wybrać filc lub polar, dzięki temu mają one swoistą „strukturę” i nie musimy obrębiać brzegów – materiały te nie będą się strzępić przy użytkowaniu.

Gdy mamy gotowe, roprasowane panele, spinamy i zszywamy wszystko w całość. Łączymy części tyłu (1) i przodu oparcia (2). Doszywamy siedzisko (3). Sprawdzamy na krześle, jakie mamy zapasy na szwy. Doszywamy do siedziska części boczne (4 i 5) oraz przód z piekarnikiem (6). Gdy wszystko nam pasuje (jeśli nie, to jest ostani moment, by zrobić korektę), zszywamy po kolei wszystkie pionowe szwy. Na koniec zaprasowujemy podwienięcie dołu i stębnujemy.

I gotowe! Może nie jest to najłatwiejsza rzecz, ale uwierzcie mi – dobre rozplanowanie pracy to więcej niż połowa sukcesu. A do tego dziecko, które śpi w miarę regularnie to reszta. A mi zostaje cieszyć się gotowanym na niby obiadem i radością wypisaną na twarzy mojego rozbójnika :)

DSCF0138DSCF0124 DSCF0122 DSCF0119DSCF0131 DSCF0066

Nerw nasz codzienny, czyli co jest w stanie doprowadzić matkę na skraj rozpaczy

Wiem, wiem, macierzyństwo jest cudowne. Większość blogów i zdjęć twoich znajomych na portalach społecznościowych potwierdza tą tezę. Ale jak każda piękna rzecz rodzi się w bólach, okupiona łzami bezsilności i stresem codzienności. Albo jestem wyjątkiem, albo nie wszystkie matki się do tego przyznają. Z lekkim przekąsem i ironią opowiem wam, co jest w stanie doprowadzić mnie na skraj emocjonalnej rozpaczy, kiedy mam ochotę cisnąć czymś w ścianę i tupąć nogami, krzycząc ile sił w płucach.

DSCF9650

Tempo. Nie wiem czy tylko nasz syn, czy większość dzieci, wyznaje zasadę: im bardziej mama się śpieszy, tym bardziej mi się nie chce. Mając 10 min na wyprowadzenie psa, zapakowanie się do samochodu, odwiezienie Bunia do dziadków, przeżycie lamentu i dojechanie do pracy, mogę być pewna – każda mrówka napotkana na drodze będzie najciekawszą mrówką świata.

Plan, a raczej brak planu. Nagrodę Darwina temu, kto twierdzi, że życie z małym dzieckiem wszystko jest zaplanowane. Od pół roku marzysz o wyjściu z mężem. Wieczorna randka, sushi, rezerwacja dopiero na 21 – uśpicie dziecko i pojedziecie spokojnie patrzeć sobie czule w oczy. Wiedz, że akurat tego wieczoru nie zaśnie. Nawet jeżeli słowem się nie zająkniesz. Babski wypad na kawę? Będzie miał stan podgorączkowy lub inne atrakcje. Mają wpaść goście? Akurat dziś humor mu nie dopisze.

Co twoje to moje. Ostatni kawałek ciasta, skrzętnie ukryty i zarezerwowany na chwilę ciszy i spokoju, kiedy dziecię bawi się przez chwilę samo. Siadasz i….. widzisz już te żądne spojrzenie, wołające daj! I na nic tłumaczenie, że nie dobre, że to mamy. Jeśli coś jest mamy, to jest i moje, myśli sobie takie małe.

No i warto jeszcze wspomnieć o codziennym rytuale obiadowym. Gotujesz mu tą marchewkę, bo przecież lubi. I kotlecik taki jak chce. Wtedy się dowiadujesz, że i tak „bleee mama, bleee!”. I cały obiad, przygotowywany dokładnie według upodobań twego najmłodszego szefa kuchni, jest oddany czychającemu pod stołem psu. A mogłaś pomalować sobie paznokcie w tym czasie….

Wiem, że przywykliśmy do obrazu matki, która jest szczęśliwa każdym nowym gestem swego potomka, a usmarowanie ścian burakami przyjmuje ze stoickim spokojem, widząc artystyczny potencjał maziajów. Niestety, nie znam takich przypadków. My też jesteśmy ludźmi, którym czasem coś pęknie w środku. Ale widząc te oczy wpatrzone w Ciebie, starasz się znaleźć w sobie pokłady cierpliwości, o których nawet nie śniłaś. Nie z Ciebie, bo cierpliwość nie jest leży w ludzkiej naturze. Codziennie staram się zaczynać dzień modlitwą, taką krótką, jeszcze leżąc na poduszce, by mieć siłę na ten dzień. Tobie też polecam.

Z koszuli (nie)męskiej powstała… bluzka. Bluzka – katorga.

Ależ zaskoczyłyście mnie swoją kreatywnością! Pomysłów na recykling (nie)męskiej koszuli było wiele, niektóre chyba nawet wprowadzę w życie. Ale najbardziej za serce ujęła mnie Milena, z której komentarza muszę zrobić sobie listę do zrobienia :) A nagrodą będą podkładki pod kubek, świeżo spod igły, w ilości sztuk dwie, na romantyczną poranną kawę (poproszę o przesłanie adresu na maila lub FB).

IMG_20160616_142459[1] IMG_20160616_142532[1]

Owa koszula już ponad rok czekała w głębi szafy, najpierw jako materiał na piękną dziewczęcą sukienkę. A skoro wyszedł nam Bunio, moja zdobycz za całe 1zł poszła w zapomnienie. Niedawno odkopana, z powodów porządkowych, przez kolejne tygodnie wisiała w kolejce „do zrobienia”. Więc się przeprosiłyśmy i oto co nam wyszło.

Po pierwsze – koncepcja. Prosta bluzka (taka najprostsza z najprostszych), z guzikami z tyłu i kieszonką z przodu. Jako kanwę do dalszego działania wybrałam mój najukochańszy wykrój z Papavero, do pobrania tutaj. I zaczęły się schody. Okazało się, że mam trochę za mało materiału. Uff, głęboki oddech. Podejście drugie, z tym wykrojem poszło łatwiej. Skroiłam, między kabanosem a poszukiwaniami wozu strażackiego (jak można zgubić zabawkę, z którą dziecko nie rozstaje się od dwóch dni, na zamkniętej przestrzeni?), wykąpałam i uspałam Bunia. Pełna nadzei usiadłam do maszyny.

Po zszyciu zaszewek, ramion i szwów bocznych poleciałam do lustra. No ok, jakoś jeszcze nie powaliło mnie z nóg, ale to dopiero początek – idźmy dalej. Wszyłam rękaw, poszłam mierzyć – ciągnie z pleców. Nie mam pojęcia dlaczego, bo wykrój już sprawdzony i wcześniej tak nie miałam. Może ktoś ma logiczne wytłumaczenie?

Już miałam rzucić ją w kąt, zamknąć w najdalszej szufladzie, z której nie ma zazwyczaj powrotu, ale wtedy zjawił się On. Mój ukochany wszedł po coś do pokoju szyciowego, rzucił okiem na wieszak i zawołał: „jaką fajną bluzkę szyjesz!”. A on nie z tych, z którymi można rozmawiać o najnowszych trendach, niekończących się potrzebach obuwniczych i dlaczego ta torebka nie pasuje do tych butów, mimo że oba elementy są w kolorze czarnym. Tak więc niesiona nowym przypływem energii skończyłam ją. Moją bluzkę – katorgę.

IMG_20160614_133301IMG_20160614_132440[1]IMG_20160614_132456[1]IMG_20160614_132510[1]

Zapięcie z tyłu pełni funkcję bardziej ozdobną niż praktyczną. Z kieszonki w końcu też zrezygnowałam. Za to dodałam dużo stębnówek i wykończenie dekoltu szarą bawełną. Przód jest kilka centymetrów krótszy niż tył. Po dokładnym rozprasowaniu nawet już przestała ciągnąć w plecach. Dzisiaj nawet mi się podoba!

Na koniec – filozoficzna puenta. Tak więc moi drodzy, w szyciu (i życiu) nie zawsze idzie łatwo, nie wierzcie zdjęciom na portalach społecznościowych. Na blogach zawsze wszystko wygląda cudnie (szczególnie na tych wnętrzarskich, gdzie okazuje się, że można żyć z dziećmi, zwierzętami i milionem świeczek w totalnej harmonii, nie zakłóconej drobiną kurzu czy zaburzeniem symetrii). A jak jest naprawdę? Tylko my, po drugiej stronie komputera, znamy prawdę :)

Letnie spodenki w godzinę? Czemu nie! DIY + wykrój

Przyznaję się szczerze do szyciowego lenistwa. Ale zaraz się usprawiedliwiam – przy tak ładnej pogodzie i ostatnich tygodniach macierzyńskiego, wykorzystujemy maksymalnie czas z Buniem. Ale potrzeba matką wynalazku, a matka nie za bardzo miała co nałożyć. Tak więc zostałam postawiona przez faktem uszycia sobie letnich spodenek. Niedawno znalazłam ciekawy wykrój w Burdzie, jednak po uszyciu wyszły jakieś takie… sflaczałe (o ile można tak określić część garderoby). Dzięki sile portali społecznościowych znalazłam darmowy wykrój, który niezwykle trafił w me gusta. A jako zachęcacjącą ciekawostkę dodam, że jest również bardzo dokładnie opisany sposób szycia oraz rozmiarówka dziecięca. Czy można chcieć więcje? :)

Tak więc nie będę się powtarzać, bo po co pisać co, co ktoś już dobrze napisał. Przedstawię Wam moją wersję spodenek do piaskownicy, albowiem po wstępnym zszyciu okazało się, że mój materiał z odzysku (wcześniej służący jako narzuta na kanapę, potem poduszki na krzesła) ma swoje wady. Ale miałam taką wenę szyciową, że nawet to mnie nie zniechęciło :)

 IMG_20160607_203657[1]

Urzekły mnie te wykończenia nogawek lamówką. A do tego odpowiednia długość (nie rozumiem, czemu większość sklepowych wersji kończy się kilka milimetrów pod lub nad pośladakmi. Co mają zrobić stateczne Panie w okolicy trzydziestki?) :)

IMG_20160607_203741[1]

A na koniec dnia pytanie: co można zrobić z męskiej koszuli (z mało męskim wzorem)? Zaskoczcie mnie kreatywnością, najciekawsza odpowiedź zostanie odpowiednio nagrodzona :)

IMG_20160607_203635[1]