Czym różni się 20-stka od 30-stki?

Do stworzenia tego wpisu popchnęło mnie jedno, tragiczne w skutkach, zdarzenie. Supermarket, dział kosmetyków, szukam kremu do twarzy. Jak zawsze wśród produktów do cery przetłuszczającej się (jak u każdej nastolatki). Trafiam na coś, co w jednej chwili zburzyło spokój mojej duszy:

IMG_20160224_181312

Myślę sobie, spanikowana i roztrzęsiona: „o mamo, przecież ja mam już prawie 30! Czy to już?” Tak, to prawie już. Skłoniło mnie to do pochylenia się nad tematem i odpowiedzenia samej sobie na pytanie: czym się różni 20-stka od 30-stki?

Po pierwsze już wiesz, po co jest weekend. Po całym tygodniu pracy nadchodzą dwa dni, kiedy masz czas na najważniejsze: sprzątanie. No i oby się tylko wyspać. A jeśli wyjść wieczorem, to tylko i wyłącznie autem. Najlepiej na coś ciepłego i pysznego. Biegać po mieście w cienkich rajstopkach przy mrozie, chłodzie, wietrze lub/i śniegu?! Zapomnij kobieto!

A propos jeżdżenia – już wiesz, jakie powinno być wymarzone auto. Oszczędne. Przecież ktoś musi tankować, naprawiać, serwisować, ubezpieczać. Wiesz już, że nie kupisz sobie nigdy nowego Volvo V40 w kolorze Ocean Blue. Raczej Golfa z przyzwoitym przebiegiem. A najlepiej rodzinne kombi, w końcu gdzieś musisz zmieścić zakupy, wózek, fotelik, rowerek dziecięcy, no i psa.

A jeśli potrzebujesz poprawić sobie nastrój, nie pójdziesz już wydać kwoty równej tygodniowym zarobkom na sukienkę, którą nałożysz może raz w życiu. Dlaczego? Mimo, iż sukienka jest przepiękna, wiesz że zjedzą Cię wyrzuty sumienia. Bo przecież mogłabyś za te pieniądze kupić buty dla Bunia, spodnie dla M., wór karmy dla psa i środki do sprzątania mieszkania. Po drugie – wiesz, że to i tak nie poprawi Ci humoru. Tak więc ze łzami w oczach pędzisz tym swoim kombi rodzinnym do domu, by miłość (albo dwie) Twojego życia przytuliła Cię i powiedziała, że jest ok. A ty jesteś najlepsza.

A skoro znasz swoją wartość, nie przejmujesz się (zazwyczaj) cellulitem czy rozstępem. Ważne, że mieścisz się w jeansy z poprzedniego sezonu i nie dostajesz zadyszki wchodząc na drugie piętro. Jesteś w formie.

Do tego wszystkiego należy dorzucić fakt, iż naprawdę doceniasz ludzi. Może nie mam wielu przyjaciół. Ale tych co mam będę też mieć za 10 lat. I (mam nadzieję) za 20. Dlaczego? Masz więcej wyrozumiałości, zaczynasz rozumieć że życie jest szare, a nie czarno-białe. Wiesz, na kogo możesz liczyć, kto modli się o Ciebie. Nawet jeśli przez 2 miesiące nie możecie spotkać się na kawę. I zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką jest czyjeś zaufanie.

Może jeszcze nie mam 30-stki. Ale wiem, że będzie o niebo lepsza niż 20-stka! :)

Kuchenne ewolucje. Część I – podkładki pod garnki DIY

Kuchnia, czyli mój bastion. Wprowadzając się do nowego mieszkania od razu postawiłam sprawę jasno, że projektowanie i urządzenie kuchni będzie moją działką. Oczywiście M. został delikatnie włączony do całego procesu, bym nie musiała spędzać nocy na porównywaniu cech miliona piekarników czy okapów. Generalnie nasza kuchnia jeszcze niedawno wygłądała tak:

IMG_20160223_131151

Wprowadzając się „na szybko” większość rzeczy znalazła miejsce tymczasowe i dopiero teraz zaczynam powoli formować wszystko w jedną logiczną całość. Dużo jeszcze przede mną, nie widzę jeszcze w głowie wersji osatecznej, ale chyba to lubię najbardziej. Spontaniczność. Bo najbardziej oryginalne rzeczy znajduje się przypadkiem. A pomysły rodzą się z potrzeby, więc w miarę użytkowania nasza kuchnia nabiera kształtu.

Dziś stworzyłam, między pracą a obiadem, podkładki do kuchni. Zawsze jak robię większy obiad brakuje mi osprzętu do postawienia gorących naczyń na stole. A że Wielkanoc coraz bliżej, a zapach wiosny w powietrzu pobudza kreatywność… Tak, ja czuję wiosnę. Lub uparcie ją sobie wmawiam. Na jedno wychodzi :)

Wycinamy 3 koła tej samej wielkości. Jako wzór zazwyczaj wykorzystuję większa miskę/garnek/itp. Pierwsza warsta z grubszego materiału we wzorki (tu można poszaleć), druga z owaty, trzecia z materiału jednolitego (u mnie resztki jakiejś koszulki polo).

IMG_20160223_130725[1]

Spinamy dwie pierwsze warstwy. I tu zaczyna się zabawa! Pikujemy :) Zdaję sobie sprawę, że pikowanie jest tematem szerokim, z wieloma technikami pracy, więc my zrobimy to w najprostszy możliwy sposób. Przeszyjemy po konturach nadrukowanych wzorów nitką w identycznym kolorze. Można bawić się na różne sposoby, np. pikując równoległe linie, kratkę, fale… Wszystko zależy od wyobraźni (czy to nie jest cudowne?). Warto pamiętać o podstawowej sprawie – obie warstwy muszą być bardzo porządnie spięte szpilkami, bo przesuwanie się materiału względem owaty może zniweczyć całą naszą pracę.

IMG_20160223_130654[1]

Po skończeniu pikowania zabezpieczamy wszystkie nitki. Spinamy, dość gęsto, materiał wierzchni razem ze spodnim prawymi stronami do środka. Dodajemy wieszaczek – ja wykorzystałam kawałek bawełny, który rozciągnęłam tworząc „ruloniki”. Można użyć tasiemki lub czegokolwiek innego, co akurat mamy pod ręką.

IMG_20160223_130710[1]

Zszywamy ze sobą warstwy około 1cm od brzegu, zostawiając „dziurę” wielkości kilku lub kilkunastu centymetrów. Zależy to od rozciągliwości tkanin – mniej lub całkowicie nieelastyczne będą potrzebowały więcej „miejsca”. Wywijamy na prawą stronę. Zszywamy ręcznie otwór. No i cieszymy się efektem. A co :)

IMG_20160223_130636[1] IMG_20160223_130535[1] IMG_20160223_130512[1] IMG_20160223_130443[1] IMG_20160223_130621[1]

Jeśli masz pytania – pisz śmiało, postaram się rozwiać wszelkie wątpliwości :)

Walę w tynki, czyli 14 lutego w naszym domu

Spędziłam bez męża. W sumie tak jak i pierwszą rocznicę ślubu. Oraz większość ślubów znajomych. Niestety, bycie żoną technika scenicznego ma swoje minusy. Ale gdyby nawet był w domu, nie obchodzilibyśmy tego „święta”. Dlaczego? Mój M. stwierdził kiedyś, że trzeba żyć tak, aby Walentynki były częściej niż raz w roku. Bo co to za trudność tego jednego dnia okazywać sobie miłość, zasypywać czerwonych szajsem z supermarketu, wtrąbić niecenzuralną ilość czekoladek i zapłacić 2x więcej za lekko zdechłą wiązankę róż?

Jestem szczęściarą, która ma Walentynki regularnie co jakiś czas. Bez okazji dostaję kwiaty. Nie potrzebuję „święta”, by zrobić/dostać kolację we dwoje. No i „kocham Cię” słyszę codziennie. A czasem nawet częściej. Dlatego też z lekką dozą szyderstwa i z szacunkiem do ludzi nie przebywających w związkach, nie emanujemy w tym dniu wylewnymi wyznaniami na portalach społecznościowych.

Ale kwiatka i tak mogę sobie kupić, czyż nie? Zaskoczona byłam, gdy na czerwonym dziś stoisku florystycznym w supermarkecie buszowało stado kobiet i pojedyncze osobniki męskie. Przypadek? :) Więc kwiatka mam, gdyż na obecnym metrażu dotychczasowe rośliny, ktorym udało się przeżyć pod moją opieką, stanowią nieliczną grupę. IMG_20160214_214243

I mam też sukienkę. Żeby przypadkiem nie zrobiło mi się smutno z powodu dzisiejszej samotności, uszyłam sukienkę-w-godzinę. Tzn. trzeba dodać krojenie i czas, gdy moje dziecko stwierdzało, że beze mnie nie ma żadnej zabawy. Ale na szczęście są jeszcze Buniowe drzemki, czas bezcenny. Kilka miesięcy temu dostałam materiał, w którym nie mogłam siebie wyobrazić. A że wzór mało chłopięcy, na Bunia też średnio by pasowało. IMG_20160214_213523

Ale wczoraj wieczorem dostałam natchnienia. Ta dam! Oto i ona, sukienka-w-godzinę: IMG_20160214_214119

Okazało się, że kwiatkowe „cudo” ma niezwykle urodziwą lewą stronę, co bezczelnie wykorzystałam. Na podstawie wykroju bluzki Papavero, który przedłużyłam i dopasowałam do szerokości bioder powstała prosta, lekko trapezowa sukienka z obniżoną linią ramienia. Dekolt wykończyłam tak jak w t-shirtach, żeby nadać jej trochę lekkości.

IMG_20160214_214146

Jedyną ozdobą jest metka z tyłu, bo jak się lansować, to się lansować. IMG_20160214_213642

Tak więc życzę dziś Ci, droga czytelniczko/czytelniku, by Twoje Walentynki były też częściej niż raz w roku. Nie będę pisać pompatycznych słów na temat miłości, powiem tylko jedno: mów, że kochasz. I postępuj z miłością. <3 <3 <3

Mistrzowski refleks

… czyli zrobić kalendarz na rok 2016 w połowie lutego. Cóż… winą mogę obarczyć autorkę Piątego Pokoju – bloga, który wczoraj zawitał do mojej wirtualnej przestrzeni. Ileż kreatywnego zamieszania zrobił w mojej głowie! Znalazłam tam idealny, minimalistyczny, uspokajający mój wzrok kalendarz do pobrania. Tak więc po zapracowanym „dniu wolnym”, kiedy to pomalowałam łazienki (w końcu!!) oraz wysprzątałam większość mieszkania (tak, wchodząc do łazienki w celu umycia zębów kończy się wyczyszczoną kabiną prysznicową), postanowiłam zmienić okropny kalendarz ścienny firmy dostarczającej nam internet.

Docelowo moje dzieło miało zawisnąć w naszym centrum dowodzenia, czyli na lodówce. Musiałam znaleźć konstrukcję, która nie będzie zbyt ciężka, jednocześnie zapewni stabilność zwykłym kartkom papieru.

Przygotowałam sobie wydrukowany kalendarz, cienką tekturę (spód zwkłego bloku rysunkowego), tasiemkę i dziurkacz. Klej znalazł się na zdjęciu przypadkowo :) IMG_20160211_205426[1]

Wyznaczając linijką środek kartki, dla ułatwienia zaznaczyłam sobie miejsce dzurkowania. Wszystko złożyłam do kupy, przewlekłam tasiemkę przez dzurki i związałam. IMG_20160211_205309[1]

W pierwszej wersji chciałam skleić końcówki tasiemki, co tłumaczy obecność kleju. W każdym razie, po pięciu minutach kalendarz zawisł na lodówce. IMG_20160211_205222[1]

Już czuję się lepiej zorganizowana życiowo :)

Sweet dreams, my love

Ach, jak oni pięknie spali. Moi mężczyźni zdrzemnęli się trochę, a mnie chwyciła wena. Wydostawszy się spod koca, tak by nie obudzić śpiących królewiczów postanowiłam działać.

IMG_20160123_140509[1]

Stworzyłam synkowi piżamkę. Korzystając ze sprawdzonych źródeł i dużego t-shirta zakupionego w SH za całe 1 zł, powstał dwuczęściowy „garnitur nocny” (ochrzcił go tak M. na wieść, że będę go prasować, co w jego mniemaniu jest szaleństwem i ostatecznym potwierdzeniem mojego perfekcjonizmu).

IMG_20160206_200846[1]

Góra to przerobiona lekko moja ulubiona forma z Papavero na koszulkę dziecięcą + kołnierzyk z jakiegoś wykroju z Burdy. Spodnie powstały „na oko”, odwzorowane na gotowym egzemplarzu. Jedynym elementem ozdobnym jest kieszonka z filcowym wąsem.

IMG_20160206_201116[1]

A moim dzielnym zmaganiom najczęściej towarzyszy druga przedstawicielka płci pięknej w naszym domu. Proszę Państwa, oto Mela, najszybsza na całym osiedlu, zawsze gotowa coś zjeść, pasjonatka noszenia i ukrywania kapci:

IMG_20160206_200922[1]