Bo miesiąc to dużo

Ostatni miesiąc jest tak burza. A raczej jak tajfun.

Miesiąc temu zostaliśmy rodzicami. Z racji różnych komplikacji życiowych, nasza droga do celu przeszła przez m. in. Ośrodek Adopcyjny. 30 czerwca odebrałam telefon życia. Że jest syn. Więcej nie pamiętam, tak duża dawka emocji nie towarzyszyła mi nawet na ślubie, nie mówiąc o innych okazjach. Poznaliśmy Sebastiana, rocznego urwisa, który miał zaraz wywrócić nasze życie do góry nogami. I może wcale nie byliśmy na to gotowi, ale skoczyliśmy na głęboką wodę. A ja nie umiem pływać.

Czy naszemu pierwszemu spotkaniu towarzyszyła fala miłości? Nie wiem. Na pewno w moim wypadku miłość się rodzi. W swoim tempie. Moja miłość do synka rodzi się codziennie. Z każdym porankiem, gdy budzi mnie swoich uśmiechem, uświadamiam sobie jak wiele wygrałam.

Nie jest łatwo, o nie. Nie myślcie sobie, że nagle weszłam w rolę SuperMamy. Piorę, gotuję i sprzątam, jednocześnie mając czas na potrzeby dziecka, swoje i rozrywkę całej naszej rodziny. Oczywiście będąc oazą cierpliwości. Moja łazienka woła o pomstę do nieba, nie mówiąc o uschniętych kwiatkach na balkonie. I tak, czasem mnie strzela. Jak widzę, jak M. znów kładzie smycz na pierwszej lepszej powierzchni płaskiej, by potem szukać jej przy akompaniamencie swojego nerwowego buczenia pod nosem, jak Sebastian z radością rozciera brokuła na swoich ubraniach oraz ścianach, jak nasza suczka, gdy tylko się odwrócę, kładzie łapę i pysk na obiedzie mojego syna…

Jeszcze wciąż nie czuję się do końca mamą. Może wynika to z faktu, że ominęło mnie magicznych 9 miesięcy, które pozwalają wczuć się w nową rolę. A może Sebastian wcale nie przewrócił naszego życia do góry nogami. Może je po prostu uzupełnił. Mimo że to dopiero miesiąc, miesiąc to dużo.