Odnowiony leżak DIY, czyli czy ktoś widział wiosnę?

Tak bardzo tęsknię za wiosną. Ale taką prawdziwą, kiedy można iść na spacer bez czapek i rękawiczek. Gdy można pooddychać głęboko, bez obawy złapania kolejnego zapalenia zatok. Wypić kawę na balkonie, nie trzęsąc się z zimna…

A skoro o balkonie mowa, będzie w tym roku zupełnie inaczej. Zmiany będą wywołanie samowolką ogrodniczą zarządu wspólnoty, który w pień wyciął nasz piękny winogron, za powód podając brak zielonych liści w okresie styczeń – luty oraz plan odnowy elewacji w najbliższym czasie. Serce bolało, zwłaszcza gdy wujek Google rozwiał moje nadzieje na wychodowanie podobnych rozmiarów rośliny w donicy.

Czekając na wiosnę, postanowiłam zregenerować leżak, przewracający się po kątach. Stan wyjściowy prezentował się następująco:

Jak widać, stan stelaża nie był zły, gorzej z porwaną i wyblakłą tapicerką. Bez wyrzutów sumienia wzięłam nożyczki i zrobiłam to co było konieczne. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu! Na nową tapicerkę wybrałam matę, zakupioną kiedyś w SH za całą złotówkę.

Zaczęłam od obcięcia overlockiem postrzępionego brzegu.

Zawinęłam do wewnątrz, tworząc tunel o szerokości 15 cm. Wolałam dać więcej luzu, dla lepszego użytkowania. Zszyłam podwójną stębnówką (mam nadzieję, że wytrzyma) :)

Rozprasowałam i zawołałam męskie posiłki, posiadające śrubokręt.

Pierwszy test wytrzymałości przebiegł pomyślnie! :)

Jak widzicie, materiał jest szerszy niż jego poprzednik – zastanawiałam się, czy warto go zwężać. Na szczęście duch lenistwa przekonał mnie, by sobie darować i dzięki temu dziecko nie wpada z kończynami i krzykiem rozpaczy w dziury między tapicerką i stelażem.

Jest wygodnie, jest miło, a za oknem wciąż jest zimno. Efekt końcowy lekko ocieplił moje wnętrze, ale do prawdziwej wiosny jeszcze daleko. Mam nadzieję, że wszyscy się doczekamy!

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Świąteczny last minute, czyli fartuszek dla dziecka DIY – wykrój + tutorial szycia dla początkujących

Święta w tym roku mają inny wymiar. Postanowiliśmy zrezygnować z całej bieganiny i skupić się na odpoczynku. W końcu tyle się dzieje, tydzień za tygodniem mknie w tempie szalonego strusia emu, a wizja październikowych wakacji blado majaczy na horyzoncie codzienności. Tak więc znalazł się czas na szycie, bo co to za życie bez szycia? A z potrzeby malowania jajek powstał fartuszek dla Bunia. Uszycie go zajmuje niecałą godzinę (łącznie z krojeniem), a tutorial pisałam z myślą o początkujących, którzy dopiero zasiadają do maszyny. Do dzieła! :)

Krojenie

Wykrój rysujemy na papierze lub bezpośrednio na materiale według schematu (wszystkie wartości są już podane z zapasem na szwy):

Dodatkowo:

  • 2 plisy ze skosu o szerokości 4 cm i długości równej podkrojowi pachy (u mnie 28 cm),
  • 2 paski 10×50 cm,
  • 2 paski 9×50 cm.

Szycie

1. Podkrój pach. Zaprasowujemy na pół plisę ze skosu.

Układamy na prawej stronie materiału, spinamy szpilkami lekko naciągając (by po odwróceniu nie utworzyła się falbanka).

Stębnujemy, obrębiamy brzegi overlockiem lub zygzakiem. Odwracamy i rozprasowujemy.

2. Zaprasowujemy brzegi. Najładniej będzie, gdy zrobimy to podwójnie (za każdym razem zaprasowując założenie na pół centymetra). Góra, dół i boki – uważamy, żeby w rogach zachować ładne kąty proste.

3. Stębnujemy wszystkie brzegi: dół, jeden bok, podkrój pachy, górę, drugi podkrój pachy i drugi bok. Kończymy ryglując szew (przeszywamy przód-tył-przód, zabezpieczając szew przed pruciem).

4. Przygotowujemy paski. Składamy na pół i zszywamy wzdłuż dłuższego i jednego krótszego boku.

Zapas materiału w narożniku obcinamy 2 mm od szwu. Odwracamy i rozprasowujemy.

5. Przyszywamy paski. Węższe u góry, szersze w pasie.

Wybrałam sposób, który uniemożliwi ewentualne wyrwanie. Niezszytą końcówkę paska zakładam na 1 cm i układam na prawej stronie fartuszka, tak by została zakryta.

Spinam szpilkami i ostrożnie przeszywam:

Zostało rozprasować całość i cieszyć się obdarowaniem jakiejś istotki. Mój syn zgodził się nawet zapozować, chociaż pozując głównie skakał :)

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Overlock – za i przeciw, czyli czy w ogóle warto?

Postanowiłam sobie, że na temat przydatności overlocka wypowiem się dopiero po jakimś czasie. Gdy się poznamy bliżej i wzajemnie wyrobimy o sobie zdanie. Tak więc dzisiaj opowiem Wam o naszej wspólnej drodze, czyli czy w ogóle warto, jeśli szyjesz tylko dla siebie, inwestować w ten sprzęt?

Szyję głównie dla siebie i swoich bliskich. Dorobiłam się własnego pokoju do szycia, dzięki czemu mam trochę łatwiej – nie muszę za każdym razem rozkładać i składać swojego szyciowego kramu. Kilka miesięcy temu nie myślałam jakoś poważnie o zakupie overlocka, ściegi elastyczne w mojej Juki wystarczały mi zupełnie, dlatego decyzję odkładałam na później, kiedy już Bunio będzie starszy, a czasu na szycie więcej (buahahahahaha!!!) :)  Ale zrządzenie losu i przyjazne dusze sprawiły, że pojawiły się środki finansowe, więc postanowiłam zaryzykować. Zakupiłam Singera, dostępnego jakiś czas temu w jednym z dyskontów i zaczęłam szyć. Pierwsze wątpliwości pojawiły się, gdy szew wcale nie przypominał tego z obrazka, a nitka dolnego chwytacza wciąż wyskakiwała z przeznaczonego jej miejsca. Ale trochę praktyki, cierpliwości i czasu sam na sam z instrukcją – wszystko zaczęło działać mniej więcej tak, jak powinno. Podsumowując kilka miesięcy życia z overlockiem, zebrałam dla Was nasuwające się argumenty.

Argumenty za:

  • estetyczne wykończenie szwów wewnętrznych (wcale nie zajmuje to więcej czasu, jak wydawało mi się na początku),
  • szybsze szycie dzianin i dresówki, większa funkcjonalność uszytych rzeczy (ścieg overlocka jest elastyczny i mocny),
  • możliwość nauczenia się czegoś nowego i szycia w sposób bardziej profesjonalny.

Argumenty przeciw:

  • potrzeba więcej blatu roboczego – co dwie maszyny, to nie jedna,
  • dodatkowe koszta (nici, igły),
  • na początku pochłania trochę czasu i wymaga cierpliwości, zanim nauczysz się np. regulacji naprężenia nici czy nawlekania. Jednak przestudiowanie instrukcji zazwyczaj skutecznie pomaga rozwiązać problemy.

Tak więc jeśli jesteś dziś w miejscu, gdzie zastanawiasz się na overlockiem – powiem Ci, że warto zainwestować te kilka złotych. Nawet jeśli szyjesz tylko dla przyjemności. Chociaż sama jestem fanką maszyn Juki, nie zdecydowałam się na ich overlock ze względu na cenę, która idzie w tym przypadku w parze ze świetną jakością i wybrałam wyjście najtańsze. Czy słusznie – czas pokaże, bowiem opinii na temat mojego Singera jest mnóstwo, łącznie z teoriami spiskowymi, jakoby producent miał wypuścić gorszą jakościowo partię w cenie dyskontowej. Jednak nie żałuję i mam poczucie, że jeszcze wiele przede mną do odkrycia.

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!

Jeden wykrój – 4 możliwości. O modyfikacjach gotowego szablonu

Obserwując fora szyciowe, co raz padają pytania o modelowanie gotowych form. Z drugiej strony: wymarzyłam sobie coś, skąd wziąć wykrój. A czasem naprawdę niewiele trzeba – wystarczy podstawowy szablon, na podstawie którego możemy otrzymać pożądany efekt.

Także dzisiaj będzie o tym, jak z jednego wykroju można uszyć 2 różne bluzy, sukienkę i lekki płaszczyk. W wersji dziecięcej, bo takie było akurat zapotrzebowanie, ale podstawowe zasady są uniwersalne, również w szyciu dla dorosłych.

Baza: wykrój na bluzę z kapturem z rękawem raglanowym, z bloga Brindille & Twing (polecam również wykrój na podstawowy t-shirt!)

1. Bluza z zamkiem bez kieszeni

Wystarczyło skroić przód z oddzielnych części, z zapasem na zamek (ok. 1,5 cm). Uszyłam  pod koniec ubiegłego lata, dopiero teraz jest w użytku i jeszcze trochę z niego nie wyjdzie :)

2. Bluza bez kaptura

Pojawiła się niedawno i wzbudziła trochę entuzjazmu, szczególnie u Bunia :) Zamiast kaptura zrobiłam szerszą plisę ze skosu.

3. Sukienka

Powstała z okazji wyszywania resztek zapasów. Chciałam nadać jej linię A, dlatego poszerzyłam wykrój od wycięcia pach i zaokrągliłam dół. Zamiast kaptura – lamówka z tego samego materiału. Z racji, że szyłam z materiału nierozciągliwego, a wykrój dedykowany jest dla dzianin, w jednym ze szwów zostawiłam kilku centymetrowe pęknięcie, zapinane na guziczek. Dodatkowo kieszonka z przodu, bo czegoś mi jeszcze brakowało.

4. Płaszczyk

Tym razem kaptur się przydał :) Z widocznych modyfikacji nastąpiło: z tyłu dodanie kontrafałdy, a z przodu zapasu na zapięcie na guziki, które jeszcze się nie wybrały :) Wymodelowałam dół – przedłużyłam ok. 8 cm z tyłu, tworząc jedną płynną linię z krótszym przodem.

Jak widzicie – warto mieć sprawdzone, dobrze skonstruowane szablony, z których można wiele wyczarować. Oczywiście metodą prób i błędów, bo chociaż nie każde kombinowanie się udaje (możecie poczytać o tym tutaj), to jest naprawdę dobrą lekcją. Ogranicza nas tylko wyobraźnia!

Jak NIE szyć spodni? Opowieść o joggersach za złotówkę

Zaczęło się jak zwykle niewinnie. Między pracą a pracą przejeżdżałam nieopodal jednego z ulubionych SH. Nieopatrznie skierowałam swój wzrok na witrynę, gdzie hasło „wszystko za 1 zł” przyspieszyło akcję mojego znudzonego codziennością serca. Wykonując manewry godne Krzysia Hołowczyca, wjechałam, zaparkowałam, przygotowałam na walkę przy koszach i poszłam. Wyszłam po chwili, bez widocznych ran zewnętrznych, dziękując w duchu za 3 złote wygrzebane z czeluści portfela, który nie nosi w sobie zazwyczaj gotówki. Wśród zdobyczy, niesionych dumnie w jednorazówce wielokrotnego użytku, była ona – poszwa, która miała przed sobą drugie, piękne i dostatnie życie.

Przypominająca wyglądem jeans, miała zostać kombinezonem. Ale ponieważ szycie spodni wciąż jest moim słabym punktem (może to ja mam dziwną figurę?), doszłam do wniosku: najpierw dół, a potem góra, w przypadku powodzenia pierwszej części przedsięwzięca. Poległam. Także pośmiejmy się razem :)

JAK NIE SZYĆ SPODNI. JEDNOOSOBOWY DRAMAT W 5 AKTACH

Akt 1 – wykrój

Oczywiście postanowiłam skorzystać z gotowego wykroju, ze sprawdzonego nieraz Papavero, pobrałam 38, bo tak mi z tabeli rozmiarów wyszło. I tu nastąpiło potknięcie pierwsze – nie porównałam wymiarów wydrukowanego szablonu z moimi obwodami. Wydawały mi się duże, jak je kroiłam, ale to co otrzymałam po zszyciu oscylowało między workiem na ziemniami a zarzuconym luźno prześcieradłem. Tak więc pamiętaj – zanim dotkniesz nożyczek, centymetr w dłoń i sprawdzamy podstawowe obwody (biodra, talia, biust).

Akt 2 – poprawki „na oko”

Bo jak już za duże, to dobrze by jakoś zwęzić. Na szczęście fason dość luźny, więc wystarczyło przejechać zewnętrznę i wewnętrzne szwy nogawek. Tak na kilka centymetrów, bo komu by się chciało biegać ze szpilkami po domu. Więc zwęziłam, zmierzyłam i się znów zaskoczyłam. Tym razem w drugą stronę. Lekcja druga – wszelkie poprawki dokładnie zaznaczamy. Tymbardziej zanim obetniemy nadmiar materiału.

Akt 3 – zmienianie koncepcji w trakcie szycia

Jak już zwęziłam i okazało się, że moje smukłe inaczej biodra ledwo co się mieszczą, trzeba było wprowadzać plan ratunkowy – kieszenie. Na szczęście do tych tutaj prucia nie było za dużo. Ale pamiętajcie – lepiej dobrze zaplanować, niż potem tracić czas i energię na kolejne, nowe pomysły.

Akt 4 – długość długości nierówna

By nie marnować materiału, warto też zmierzyć końcową długość. Dlaczego? Większość wykrojów jest przygotowana na konkretny wzrost, np. 168 cm. Przy moim wzroście (164 cm),  wyszło mi 10 cm zmarnowanego materiału. Gdybym zmierzyła wcześniej, oszczędziłabym sobie dodatkowych 20 minut pracy.

Akt 5 – bagatelizowanie oznaczeń wykroju

Dzięki temu pasek z tyłu wszyłam odwrotnie. A trzeba było tylko trochę bardziej się skupić i pilnować nacinków, które są na wykroju. Nie są dziełem przypadku czy efektem znudzenia autora („a co tam! Porobię trochę kreseczek, niech będzie ciekawiej!”). Warto nie zapominać o nich w trakcie krojenia i szycia.

Tak więc oto one, moja chodząca nauczka. Na pewno nie będą kurzyć się na dnie szafy, będą idealne na wiosenne posiedzenia w piaskownicy. Zostało mi tylko wciągnąć gumę w pasek i wciąż zastanawiam się, czy jednak nie wstawić zamka, by ułatwić wkładanie i zdejmowanie. Kombinezon na razie pozostaje na liście marzeń do uszycia :)

Wszystkie moje wpisy powstają z zaangażowaniem i chęcią, dlatego jeśli spodobał Ci się ten post, byłoby mi niezmiernie miło gdybyś zostawił/a ślad swojej obecności w komentarzu lub udostępnił/a go innym, za co z góry dziękuję!